Zawiodłam się na Was.
Nikt nie zechciał wziąć udziału w moim konkursie, jest mi z tego powodu przykro.
W związku z tym notka nie pojawi się. I nie wiem kiedy ją wstawię.
Jestem zawiedziona...
Ruda Weasley
sobota, 21 września 2013
niedziela, 8 września 2013
38. Oszukać przeznaczenie
Nathalie to jest postać wykreowana prze mnie i mam wolną rękę w związku z
nią. Postanowiłam skomplikować jej trochę życie, o czym możecie
przekonać się w poniższym rozdziale. Nath pokaże dobre i złe stony ale
mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłego czytania :)
Taśka
----------
38. Oszukać przeznaczenie.
Oczami Nathalie:
Była lekka mżawka. Krople deszczu spływały po mojej białej twarzy. Wydaje się to niemożliwe ale jeszcze bledszej niż zwykle ze zdenerwowania. Wielkie chmury krążyły mi nad głową, niebo płonęło szarością jak gdyby miało zaraz pęknąć. Deszcz wydawał się coraz cięższy, napięcie wzrastało, byłam coraz bliżej. Muszę dostać to po co idę. MUSZĘ! Przeszedł mnie dreszcz. Wiem, że w moim stanie to nie możliwe ale przeszyło mnie coś podobnego.
Skręciłam w ciemną uliczkę był już zmrok ale bladej twarzy na jej końcu nie sposób było nie zauważyć.
- Spóźniłaś się - powiedział pokazując kły jakiś tam wampir, właściwie sługus, nie pamiętam jego imienia. Ale mam się bać? Serio?
- Sorry, korki były na mieście, Londyn to tłoczne miasto nawet w taką pogodę. - Zależy mi tylko na jednym więc wysiliłam się na dość życzliwy ton. - Ale widzę, że się nie nudziłeś. - Na ustach miał krew. Słysząc moje słowa, wyszczerzył się i oblizał wargi.
- Hm... smacznie robi się z tobą interesy.
- Masz? - zapytałam desperackim głosem. Wyciągnął białą kopertę, wyrwałam mu ją z błyskiem w oczach.
- Skoro już masz to co chcesz to może powiesz mi jak udało Ci się załatwić taką wyżerkę? - Tak, tak to ja jestem odpowiedzialna za śmierć kolejnych osób ale przynajmniej się najadł ten tu. To wcale nie jest trudne namówić kilka osób na 'kolację'. I wcale nie ukrywałam faktu, że to oni mają być daniem głównym. Podchodzisz do takiego desperata mówisz mu, że w ten dzień, o tej godzinie, w tym miejscu mogą spotkać, prawdziwego, najprawdziwszego wampira. Gratis jest taki, że mogą zostać jednym z nas ( kruczek jest taki, że umrą ale nie będą żywymi trupami ). Niektórzy przychodzą i kończą jako posiłek, a inni zachwycają się, że spotkali wampira - mnie. Piszą o tym książkę ale ludzie to jest rasa małej wiary więc wszyscy uważają taką osobę za wariata i biedaczek musi z tym żyć.
- Z naszą urodą to nie jest trudne - uśmiechnęłam się uroczo, odwróciłam i pomachałam.
Szłam już wzdłuż głównej ulicy prowadzącej do luksusowego apartamentu, który wynajęliśmy z Damonem. Po powrocie z Włoch pojechałam odwiedzić ojczyznę. Spędziłam trochę czasu w Walii z Adrianem. Damona oczywiście z nami nie było, nadal nie wiem dlaczego mój brat tak bardzo nienawidzi mojego narzeczonego i odwrotnie.
W Walii znów poczułam się świetnie, z Adrianem szaleliśmy jak dawniej. Nie rozdrapywaliśmy starych ran. Z ludzkiego życia pamiętam mało ale w głowie mam scenę jak jako dzieci bawimy się w berka. Przepełnia mnie miłość. I nie mam pojęcia dlaczego robię się taka wrażliwa. Muszę wyluzować. Ale dzisiaj czeka mnie jeszcze jedna misja. Jedna z tych samobójczych. Jak się nad tym zastanowić to chyba nie jestem aż taka wrażliwa. Ale nie lubię się oszukiwać, a nad tą sprawą myślałam już dłuższy czas.
Weszłam do mieszkania mokra, mocząc wszystko w koło. Przebrałam się w suche ubrania. Spakowałam najważniejsze rzeczy do niewielkiej torby i udałam się do salonu, w którym Damon rozwalony na kanapie oglądał TV. Nie co innego jak wybory miss, śliniąc się to kawałka szyby niemiłosiernie. Przewróciłam oczami.
- Musimy pogadać.
- Nie teraz - marudził.
- Jasne, poczekam. - Niech ma odrobinę szczęścia chłopina. Usiadłam na kanapie obok niego. Założyłam ręce na piersi i jednak zirytowana jego zachowaniem cierpliwie czekałam. Minęły może 2 minuty. Wzdychałam może jakieś 20 razy. Koniec dnia dla zwierzątek. Wstałam, zgasiłam sprzęt. I już miałam powiedzieć to co leży mi na sercu od kilku tygodni kiedy ten idiota musiał mi przerwać:
- I niby to co chcesz mi powiedzieć jest ważniejsze niż wybory miss? - Zdenerwowałam się, postanowiłam użyć swojej najskuteczniejszej broni, czyli sarkazmu:
- Oczywiście, że nie. Ale może chcesz żebym przekazała ci tę w ogóle nie istotną wiadomość, że się ROZSTAJEMY. - Może to niezbyt delikatne ale ostatnie słowo wypowiedziałam głośno i wyraźnie. Zamurowało go. Nie jest tak, że mi na nim nie zależy. Trochę zależy ale go nie kocham. Było fajnie ale to powinno się skończyć. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że on też mnie nie kocha, Elena dalej jest najważniejsza.
Nie może nic z siebie wydusić. Podałam mu pierścionek i dodałam:
- I tak to pewnie była podróba. - Z tymi słowami wzrok mu się wyostrzył, patrzył na mnie jakby chciał zabić. Właściwie tak właśnie było, cóż nie dziwie się moja uwaga był niezbyt subtelna. Ale pocieszenie jest takie, że chociaż wzbudziłm w nim jakieś emocje.
- Nie masz żadnych uczuć.- No nie... I on serio myśli, że to mnie ruszy? Słyszałam to setki razy i to raczej jest prawda. Są wyjątki ale niewiele. Mimo wszystko mam jakieś tam poczucie własnej wartości i trzeba się rozstać w zgodzie, co najmniej tak zawsze gadają te inteligentne babki z filmów romantycznych. Westchnęłam. W sumie dużo razem przeszliśmy.
- Posłuchaj, po co się oszukiwać? Prędzej czy później to i tak by się stało. Ty kochasz Elenę...
- To przez tego bliźniaka? Czy twój kochany braciszek nawciskał ci jakiś głupot? - krzyczał.
- Nie. To jest tylko i wyłącznie moja decyzja, jakbyś nie pamiętał to jestem już duża i sama mogę decydować z kim i kiedy się spotykam. - Wróciłam do sypialni po torbę i szłam w stronę drzwi wyjściowych kiedy obok nich stanął mój ex narzeczony ze smutną miną i dopiero teraz doszło do mnie, że go zraniłam, co prawda mi szybko przejdzie ale dla niego to może nie być takie łatwe. Elena też go zostawiła, w dodatku dla jego brata. Zraniona duma i te sprawy.
- Dlaczego mnie zostawiasz? - zapytał całkiem poważnie, bez złości czy pogardy.
- Przeżyliśmy razem dużo fajnych chwili i z pewnością ich nie zapomnę - kłamałam, na pewno niektórych nie zapomnę ale głowy nie dam sobie uciąć - ale nie jesteśmy dla siebie stworzeni...
- Ty nie wierzysz w przeznaczenie.
- Nie ale po prostu czuję, że tak będzie lepiej. - Zawsze uważałam, że lepiej powiedzieć 'nie kocham cię' niż wciskać takie beznadziejne kity ale jakoś trudno było mi tak prosto z mostu... Kiedy stoi tak przede mną, bez żadnej maski chama, aroganta, wydaje się podatny na wszelkie ciosy i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to jest podstawowa rzecz, która nas łączy, że to nie jest tak, że nie mamy w ogóle żadnych uczuć. Spojrzałam na niego z miłością. Tak z miłością. Darzę go uczuciem ale nie takim jak para kochanków ale takim jak przyjaciela. Teraz to do mnie dotarło. Uśmiechnęłam się ładnie i pocałowałam ostatni raz. Kiedy już się oderwaliśmy od siebie posłałam mu ironiczny uśmieszek, odpowiedział tym samym i już oboje byliśmy sobą.
- Powodzenia, przyjacielu.
- Żegnaj, szalona Nathalie. - I jeszcze jeden ironiczny uśmiech i spadam.
Z pewnym żalem jechałam przez Londyn nowiutkim BMW. Stanęłam obok mostu, na obrzeżach miasta. Wysiadłam, nabrałam powietrza w płuca. Z prawej kieszeni wyciągnęłam zapalniczkę i papierosa. Był zgnieciony, bo do kieszeni wrzuciłam go luzem, widniał na nim czarny, mało czytelny napis 'I tak umrzesz na raka płuc' wykonany przez Adriana. Uśmiechnęłam się, Ach, my niepoprawni optymiści. To u Waters'ów rodzinne. Włożyłam do ust mojego 'zabójcę' i próbowałam użyć zapalniczki, nic, drugi raz, dalej nic. Dopiero za trzecim razem pojawił się ogień. Zaciągnęłam się, dym pieścił moje płuca. Wypuściłam pokaźną ilość i powtarzałam czynność aż do wypalenia tytoniu. Kiedy skończyłam sięgnęłam do lewej kieszeni. W ręku trzymałam białą kopertę, w której była również biała kartka. Rozłożyłam ją, ujrzałam starannie napisane słowa: Paryż. Jellal Lewis.
- Francjo szykuj się, nadchodzę.
***
Wylądowałam w Paryżu. Po wydostaniu się z zatłoczonego lotniska kupiłam butelkowo zielonego Bentleya. Nie wiedziałam gdzie szukać więc zatrzymałam się na parkingu obok parku, ze świetnym widokiem na wieżę Eiffla.
Minęły już trzy godziny, a ja dalej w takiej samej pozycji siedziałam i nie miałam pojęcia gdzie szukać. Dobrze, że się najadłam jeszcze w Londynie. Matko, jak ja nienawidzę takich bezproduktywnych dni... Poczekałam jeszcze moment aby się całkiem ściemniło, żebym nie musiała zakrywać ciała.
Wreszcie wolna, wyszłam z samochodu i zrobiłam wyliczankę w którą stronę iść. Prawa? Czy lewa? Prawa? Lewa? Lewa? Prawa? Lewa. Nie przyjechałam tu żeby podziwiać urok Paryża po zmroku ale co mi innego zostało? Wszystkie znane mi wampiry z Paryża wyjechały, zginęły lub są moimi wrogami. Nie mam u kogo zaczerpnąć informacji. Nie szczególnie pamiętam nazwę knajpy dla naszej rasy, drogi tym bardziej. Nawet jeśli, to co mi z nazwy? Ludzie i tak jej nie znają.
Minęłam kolejny klub, restauracje, hotele. W końcu trafiam na kasyno. I wreszcie jakieś ciekawe miejsce.
To nie jest jedno z tych luksusowych lokali, zapuszczona melina i szczerze wątpię czy kobiety tu zaglądają. A na zewnątrz wyglądało przyzwoicie. Barmani wiedzą wszystko więc szybko podeszłam zamówić coś mocniejszego. Obserwowałam czy nie ma tu jakiegoś 'nieżywego' kiedy barman zagaił:
- Szukasz kogoś? - Wyglądał jak chłopak z kółka szachowego. Nie... trochę przesadziłam jak miły i wrażliwy chłopak, którego przedstawia się rodzicom, zaprasza się go na kolację do domu, a on chwali dania mamy. Kompletnie tu nie pasuje. Wydaje się, że jest niegroźny ale niespecjalnie ufam nieznajomym, choć gdyby nie znał Lewisa to co może się stać? Postanowiłam zaryzykować.
- Jellal Lewis. Przychodzi tu?
- Nie, niestety nie znam go.
- Szkoda - odpowiedziałam z ironią. Zniesmaczony chłopak odszedł. Zapaliłam dwa papierosy i wyszłam. I znowu jestem w martwym punkcie. Bez namysłu ruszyłam przed siebie i znów kasyno. To jest eleganckie ale tym razem to ja nie jestem przystosowana do tego miejsca. Podarte dżinsy, skórzana kurtka, zniszczone trampki, rozwiane włosy ( choć ja osobiście uważam moją fryzurę za zaletę ). Pozytyw jest taki, że mam nowiutki t-shirt, ładny, pachnący. I raczej by mnie nie wpuścili ale manipulanci mają łatwiej.
Wygrałam w 21 całkiem pokaźną sumę i postanowiłam wyjść gdyż nic nie przykuło mojej uwagi ( prócz przystojniaków w garniturach ). Jeden wyszedł za mną.
- Hej! Poczekaj. - Zatrzymałam się. Nieznajomy uśmiechnął się ładnie. - Może wypijemy razem drinka?
- Oczywiście. - że musisz być moim posiłkiem, dodałam w myślach.
- Jesteś z...?
- Walii.
- Nie wiedziałem, że macie tam takie piękne kobiety. - Zatrzymał się, za plecami miał ślepą uliczkę to doskonała okazja.
- To czas się o tym przekonać. - Z tymi słowami popchnęłam go w głąb uliczki i ugryzłam. Krew sączyłam powoli, nie lubię się śpieszyć jeśli chodzi o jedzenie. Zostawiłam martwe ciało mężczyzny i odeszłam.
***
Drugi dzień w Paryżu jak się okazało był tym szczęśliwym. Podwójnie szczęśliwym.
Zaczęło się rozjaśniać ale dzień zapowiadał się pochmurny więc bez wszelkiej dodatkowej garderoby spacerowałam Paryskimi ulicami.
Dobra Nathalie, trzeba się skupić. Kogo tu znasz? Na pewno ktoś jest. Ooo, jaka piękna sukienka. Nie, nie, nie. Nie skupiaj się na kawałku jakiejś szmatki. Ale za to jakiej ładnej. Rozmarzyłam się i postanowiłam nie działać wbrew sobie i kupiłam sukienkę. Zadowolona wyszłam ze sklepy i przypomniałam sobie. Dan!
Już pod domem wspólnego znajomego, mojego i Damona miałam przeczucie, że będzie dobrze. Zapukałam, bo dzwonek nie działał. Po chwili drzwi się otworzyły. Stał w nich napakowany wamp z dziwnie zgolona głową. Groźnie spojrzał po czym uśmiechną się i radośnie zawołał:
- Nathalie! No niech cię uściskam. - Prawie zgniótł mi żebra. Taki właśnie jest Dan. Z jednej strony groźny, a drugiej pozytywny i niezbyt inteligetny ale tę jedną wadę jestem wstanie mu wybaczyć.
- No hej osiłku. - Uderzyłam go w ramię pięścią. - Zaprosisz mnie?
- Jasne właź. To jest Matt - przedstawił faceta siedząacego na kanapie.
- Cześć. Nie będę owijać w bawełnę. Mam sprawę.
- Oczywiście. Ale to zaraz. Gdzie masz Damona?
- Kiedy widzieliśmy się 3 dni temu był w Londynie.
- Czy... no, ten.... jesteście jeszcze razem?
- Nie. Muszę kogoś znaleźć. Mogę mówić przy nim? - Wskazałam brodą na Matta. Chłopak wyraźnie zainteresował się.
- Tak. - Dan spoważniał.
- Jellal Lewis. - Moi rozmówcy roześmiali się równo.
- Powiedziałam coś śmiesznego? - zapytałam.
- Dziewczyno, po co ci ten gość? - Matt po raz pierwszy się odezwał.
- Ptaszki ćwierkają, że może mi pomóc w ważnej sprawie. - Dan zauważył błysk w moich oczach i już wiedział, że coś knuję.
- Nathalie. On ci w niczym nie pomoże. Nie lubi współpracować.
- Spokojnie - uśmiechnęłam się zalotnie - ze mną będzie chciał pracować. Pomożesz mi go znaleźć? Może chociaż powiesz gdzie mogę go szukać?
- Zajmę się tym - Dan jest profesjonalistą - jutro, może za dwa dni odezwę się do ciebie. Daj mi swój numer. - Wymieniliśmy się telefonami i już stałam w drzwiach kiedy stary znajomy zapytał:
- Dlaczego się rozstaliście?
- Nasze drogi się rozeszły, czasem tak bywa - powiedziałam sarkastycznie.
Rozluźniłam się trochę i dalej bez sensu spacerowałam. Promienie słońca lekko przemykały się przez chmury więc na głowie miałam czarny kapelusz. Z nudów wyciągnęłam komórkę, znalazłam numer Belli i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po jednym sygnale usłyszałam życzliwy głos przyjaciółki.
- Słucham.
- Siemanko Belluś. Co tam w szerokim świecie słychać? 'Młoda Para' już wróciła? Jak było? - zasypałam ją pytaniami.
- Spokojnie, spokojnie. Po kolei. Jeszcze nie wrócili ale świetnie się bawią. U mnie w porządku, wróciłam do Edwarda. Tylko się nie czepiaj... - Marudziła jak mała dziewczynka.
- Wiedziałam, że tak będzie. Chyba nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam szczęścia. Ty też życz mi szczęścia na nowej drodze życia.
- Jak to!? Powiedzieliście sobie 'tak'? Nigdy ci nie wybaczę, że mnie przy tym nie było...
- Już się tak nie bulwersuj. Jeszcze będziesz miała okazję być na moim ślubie, bo rozstałam się z Damonem.
- Ciężko za tobą nadążyć - skarciła mnie. Nie wiem czemu i tak nie lubiła mojego narzeczonego.
- A tak na marginesie też jestem w Paryżu.
- Też na podróży poślubnej? - Teraz obie śmiałyśmy się pełną parą.
- Miło widzieć cię w tak dobrym humorze, Nathalie - powiedział Sebastian, który nie wiem skąd zmaterializował się metr przede mną. Uśmiechnęłam się szeroko, że ja o nim zapomniałam?
- Bells muszę kończyć, pa - nie czekając na odpowiedź rozłączyłam się. - Monsieur* Ganthier co za miłe spotkanie. - Trochę ironizowałam. Zaproponował mi ramię, przyjęłam je i poszliśmy dalej.
- Jestem zawiedziony, że nie powiadomiłaś mnie, że jesteś we Francji ale skoro już się spotkaliśmy to tak łatwo cię nie wypuszczę. - Posłał mi zabójczy uśmiech.
- Tylko pamiętaj, że jestem bardzo wymagająca. Musisz być dobrym przewodnikiem i gospodarzem.
- Oczywiście. Byłaś na wieży Eiffla? Ile już tu jesteś?
- Niewiele, drugi dzień. Nie, nie byłam.
- Musimy koniecznie na nią wejść.
***
Obejrzeliśmy chyba wszystkie ciekawe miejsca w Paryżu, świetnie się przy tym bawiąc. W końcu Seba zaproponował:
- Może zatrzymasz się u mnie? - Wyczułam w jego głosie dziwną nutę i obawę, że jednak się nie zgodzę.
- Nie wiem, - udawałam, że się zastanawiam, aktorką jestem bardzo dobrą - a masz tam godziwe warunki dla takiej księżniczki jak ja? Nie na-wi-dzę wszystkiego co tanie i nie wystawne - machałam dłońmi. Francuz natomiast przewrócił oczami i powiedział:
- Mam nadzieję, że spełnię twoje warunki - mówił sarkastycznym tonem.- Choć, godzina jazdy przed nami, księżniczko. - Figlarnie do mnie mrugnął.
Po godzinie.
Wysiadłam z Bentusia, a właściciel tej niesamowitej willi ze swojego samochodu. Robi wrażenie ten jego 'domek'. Co prawda mam podobną rezydencję w Walli ale to co innego. Ten ma duszę.
- Wiesz mam większy... - droczyłam się.
- Wszelkie skargi i zażalenia przyjmuję do 15. Więc będziesz musiała wytrzymać tu do jutra.
Okolica jest naprawdę ładna. Cicha i spokojna. Właściwie Sebek nie ma żadnych sąsiadów, bo mieszka niedaleko małej wioski pod Paryżem.
Weszliśmy do środka i wrażenia bardzo pozytywne. Dużo przestrzeni, jasno, przejrzyście. Od razu spodobała mi się jego kanapa. Czerwona i stara, zawsze taką chciałam. Rozwaliłam się na niej i jest bardzo wygodna.
- Czuj się jak u siebie w domu. - Uśmiechnięty właściciel usiadł na fotelu obok.
- Mieszkanko po rodzicach pewnie? Znaczy... jasne, mogłeś sam się dorobić ale widać, że jest nie z tej epoki. Ile ty masz właściwie lat?
- Może pokażę ci dom i opowiem historię mojej rodziny?
- Dobra ale najpierw powiedz mi ile masz lat - zażądałam mierząc w niego palcem.
- Jeśli już musisz wiedzieć to 679.
- To pokaż tą swoją skromną chatkę, staruszku.
Zwiedzaliśmy i rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że Sebastian stracił rodziców zaraz przed tym jak został zmieniony. Powiedział, że to dobrze, bo mniej bolało, nie czuł tak strasznego wewnętrznego bólu jak wtedy kiedy był człowiekiem. Bardzo tęskni. Ukuło mnie w serce, bo czuję to samo.
Podobało mi się w pokoju muzycznym. On rzadko tam bywa, bo jak sam powiedział 'Mam wiele talentów ale śpiewanie i gra na instrumentach niestety do nich nie należą'. Poszliśmy do biblioteki, to dopiero dla mnie raj. To było dobre miejsce, żeby 'odpocząć'.
- Możesz jakąś wziąć - zaproponował widząc jak zachwycam się książkami. - Którą chcesz?
- Wszystkie - powiedziałam nie wychodząc z zachwytu. Tysiące, starych książek, ten zapach. Niesamowite.
- Okay, są twoje - zaśmiał się i usiadł. Postanowiłam uważnie mu się przyjrzeć. Nadal ma te piękne zielone oczy, rozbrajający uśmiech i nadal ładny. Idealnie skrojony garnitur, w którym widziałam go we Włoszech zamienił na niebieską koszulę i dżinsy. Wyszczerzył się jeszcze bardziej, chyba zauważył, że go obserwuję.
- Nie wiem co jest lepsze. To, że tak uroczo zachwycasz się książkami czy to, że z dziwnie łagodnym wzrokiem wpatrujesz się we mnie? - Uniósł brew, zadowolony z siebie.
- Książki są o wiele ciekawsze od człowieka. Z taką kolekcją powinieneś o tym wiedzieć - lekceważąco odwróciłam się do niego plecami i przejeżdżałam opuszkiem palca po grzbietach idealnie ułożonych książek.
- Nie jestem człowiekiem.
- Świetna wymówka - przewróciłam oczami. - Wiesz o co mi chodzi.O istoty żyjące lub nie do końca żyjące - uściśliłam, żeby nie mógł się przyczepić.
- Jak na ciebie patrzę to nie jestem przekonany, że te kartki są bardziej interesujące od ciebie, a przeczytałem je wszystkie.
- Teraz usiłujesz zaimponować mi inteligencją?- postanowiłam wejść w grę. Zagryzł dolną wargę i po chwili odpowiedział:
- Może - Wróciłam do przeglądania książek, wybrałam jedną, potem podeszłam do okna i obserwowałam widoki czując na plecach wzrok. Dawno nie paliłam, zapragnęłam smaku dymu. Tym razem wyciągnęłam fajkę z napisem 'Czas jest najskuteczniejszym mordercą' zastanawia mnie jak Adrian to zmieścił? I czemu wypisuje mi ciągle coś o umieraniu? To przepowiednia? Nie ważne, zapaliłam.
- Na ślubie widziałem jak twój brat ciągle palił. To u was rodzinne?
- Tak. My, Waters'i wszyscy jesteśmy próżni, pewni siebie i lubimy palić.
- Zapamiętam.
- Widzimy się później. - Powiedziawszy to poszłam do wcześniej pokazanego mi pokoju. Odświeżyłam się. I położyłam na wielkim łóżku. Zaczęłam czytać książkę, którą wzięłam z biblioteki ale po 47 stronach odłożyłam ją i leżałam z zamkniętymi oczami. Sięgnęłam po stary dziennik ze swojej torby. Była w nim opisana, między innymi ta feralna jesień. W środku było zdjęcie. Stare, czarno białe. Z 1828 roku zrobione w Wallii. Przedstawiające trzech młodych ludzi. Dwóch mężczyzn i jedną kobietę. Podobieństwo między nimi było uderzające. Pewne siebie spojrzenia, nie niewinne uśmiechy i uczucie jakim siebie darzą postacie z fotografii. Może na pierwszy rzut oka ciężko to dostrzec ale ja wiem, że tak właśnie było. I znowu dopadło mnie to okropne uczucie o destrukcyjnej sile, ponownie rozrywało mnie od środka. Nathalie musisz się uspokoić. Wiem, że uda mi się i, że to co chcę zrobić jest słuszne.
***
Mija już 4 dnień w domu Sebastiana, a 6 we Francji. Gospodarz dba o to bym się nie nudziła. Kąpiemy się w stawie, chodzimy na spacery po ogrodzie ( to wielki ogród, już 2 razy się w nim zgubiłam co zaowocowało tym, że Seba za każdym razem wybucha śmiechem kiedy sobie o tym przypomni. Uważa, że z moim wewnętrznym GPS'em jest coś nie tak i nie tylko z nim... Aż wzięłam sobie te słowa do serca... ), często odwiedzam bibliotekę i pokój muzyczny. Zdarzyło się, że poszliśmy razem na polowanie. Niestety musiałam zadowolić się zwierzętami. Jedna rzecz mnie martwi, a mianowicie to, że Dan nie dzwoni.
Siedziałam w ogrodzie kiedy Ganthier położył się obok mnie na trawie. Oboje się świeciliśmy gdyż było tego dnia bezchmurne niebo i słońce obdarzyło nas swoimi promieniami.
- Musisz mi obiecać, że ty kiedyś, mam nadzieję, że nie tak w dalekiej przyszłości też ładnie się mną zaopiekujesz i pokarzesz Wallię.
- Jasne, jak się stąd wyniosę. A na razie się na to nie zapowiada, bo bardzo mi się tu podoba - powiedziałam przeciągając się leniwie.
- Nie wątpię, że ci się tu podoba. Mogę się założyć, że szczególnie mój ogród - znowu ze mnie kpił z tym zawadiackim uśmiechem. Dałam mu kuksańca w ramię i w tym momencie oboje usłyszeliśmy Back in Black AC/DC. Odebrałam telefon, dzwonił Dan.
- Sorry, że długo to trwało ale ciężko gościa namierzyć. Zaraz wyślę ci miejsce, w którym się spotkacie, dziś o 22.
- Nie wiem jak ci się odwdzięczę.
- Nathalie przyjaciółko trzeba sobie pomagać ale powiedz mi jaką masz do niego sprawę - prosił. - Zawsze miałaś głupie pomysły więc się martwię.
- Ej, ja już miałam kiedyś jednego tatuśka. Nie potrzebuję drugiego.
- Jak chcesz, tylko nie pakuj się w kłopoty. Możesz dzwonić jak będziesz czegoś potrzebować. I ostrzegam nie będę miał żadnych skrupułów, żeby zadzwonić do Damona - groził.
- Nie ma takiej potrzeby żebyś do niego dzwonił zresztą i tak się nie zainteresuje po tym jak go potraktowałam ale zawsze mogłam być gorsza. Mogłam dać mu skarpetkę i powiedzieć, że zgredek jest wolny. - Dan zaczął się śmiać i na pożegnanie dodał:
- Żal mi go. Cześć.
Sebastian oczywiście słyszał całą rozmowę i nie obyło się bez pytań.
- Przyjechałaś tu w interesach? Myślałem, że dla przyjemności.
- Dla przyjemności też. Moja hipokryzja nie zna granic. Świętuję rozstanie w mieście zakochanych - zgrabnie ominęłam szczegóły, wstałam i dodałam. - Teraz muszę iść, widzimy się później - pomachałam mu uśmiechając się szeroko, odpowiedział smutnym uśmiechem, ledwo zauważalnym. Chyba liczył, że go wtajemniczę w moje plany ale na razie tylko ja o nich wiem i niech tak zostanie.
Na umówione miejsce przyjechałam przed czasem. Jellal wybrał starą fabrykę na obrzeżach miasta. Robi się jak w tanim horrorze, zaraz będziemy się zabijać. Pfff... Denerwuję się i to nie mało. Jednego jestem pewna. Lewis musi mi pomóc.
Przyjechał na czas. W punkt 22 stał przede mną średniego wzrostu, szczupły mężczyzna. Z zadurzą ilością żelu na włosach. Miał może ok. trzydziestki. Ubrany był w czarny płaszcz do kolan. Jego fryzura była najlepsza. Ten zaczes do tyłu... Ale w jego spojrzeniu było coś zadziwiającego. Doskonale wie kim jestem, a mimo to był strasznie pewny siebie. To denerwujące, tym bardziej, że się nie boi. Jest pewien, że tylko on może mi pomóc ( taka była prawda, nikogo więcej nie znałam kto byłby wstanie podjąć się tego zadania ) i nic mu nie zrobię. Trzeba ostudzić ten zapał.
- Jellal, współpracuj, a nic ci się nie stanie. - Zaczął śmiać się na cały głos.
- Posłuchaj pijawko, gdybym miał dawać sobą manipulować każdemu lepszemu to nie chodziłbym po tym świcie. - Jeszcze jedno słowo, a zaraz spełnię twoje życzenie, powiedziałam w myślach.- A twoi koledzy zapewniali mnie, że nie pożałuję tego spotkania. - Bezczelnie odwrócił się i zmierzał do swojego samochodu, stanęłam mu w drodze.
- Posłuchaj wiem, że boisz się o swoje życie - wyczułam to - więc jak nie chcesz go stracić to bądź grzeczny. Wiem czego się boisz, będę wiedziała o każdej rzecz, osobie, która jest dla ciebie ważna i wiesz co? Są w tarapatach, tak jak ty - przytknęłam mu palec wskazujący do piersi. Matko... zaczynam gadać jak psychopatka ale może to do niego trafi.
- Co wampirzyca - mówił z pogardą - tak wysokiej rangi, z darem robi u skromnego czarownika. Czyżby nie mogła sobie z czymś poradzić? - zapytał pochylając się nade mną.
- Posłuchaj gnojku - ręce zacisnęłam na jego szyi, nie mógł zrobić żadnego manewru - albo mi pomożesz albo pożegnasz się z tym światem. Ale ja jestem dobra - rozluźniłam trochę uścisk - i dam ci szansę ale nie będę bawić się w szukanie ciebie ponownie, pójdziesz ze mną. - Nie zdążył zaprotestować, bo zaaplikowałam mu dawkę środków usypiających. Byłam przegotowana. Czarownicy to wredna rasa, rzadko, który jest chętny do pomocy. Wywaliłam strzykawkę i wsadziłam go do bagażnika. Udałam się do Dana.
***
-Że niby mam go więzić u siebie w domu do momentu aż będzie chciał pomóc? - Dan krzyczał. - Czy ty nie umiesz normalnie rozmawiać? I dlaczego nie trafia do ciebie słowo 'nie'?
- Wiesz ile zajęło mi czasu dotarcie do tego człowieka? Nie będę szukać kolejnego czarownika. Jeden nieposłuszny mi wystarczy. - Mówiłam zdegustowana zachowaniem Jellal'a.
- Wiedziałem, że to kolejny poroniony pomysł z twojej strony.
- Mi się tam podoba - powiedział Matt, który stał przed przywiązanym do krzesła Lewisem i podnosił jego brodę po czym ona sama bezwładnie opadała. Uśmiechnęłam się na widok tej zabawy, a Dan skarcił przyjaciela wzrokiem ale ten nic sobie z tego nie robił.
Odciągnęłam Daniela na bok i choć w małym stopniu chciałam mu wyjaśnić całą sytuację.
- Posłuchaj, na pewno kiedyś miałeś, może masz osobę na, której strasznie ci zależy - poczekałam na odpowiedź, Dan pokiwał twierdząco głową, mogłam mówić dalej. - Ja też mam takie osoby.... I - nie wiedziałam co powiedzieć, żeby nie zdradzać za dużo - czasem los jest okrutny i trzeba posunąć się do pewnych rzeczy, żeby znowu być szczęśliwym.
- Nic nie rozumiem z tej twojej lakonicznej i pokręconej odpowiedzi ale widzę, że bardzo ci zależy i nie odwiodę cię od zamiarów więc chyba pozostaje mi tylko spełnić twoją prośbę.
- Było tak od razu - zachichotałam radośnie. - Naprawdę dziękuję ci. Fajnie, że mam takie życzliwe istoty obok siebie mimo, że ja nie jestem zbyt - nie dokończyłam bo Matt wykrzyczał:
- Obudził się.
Jellal otworzył oczy. Dalej widziałam pogardę w tych jego czarnych ślepiach.
- Możecie zostawić nas samych? - zapytałam, chłopcy wyszli. - Zostaliśmy tylko we dwoje, jak miło. - Przysiadłam na kanapie na przeciwko czarownika, ironicznie się uśmiechając.
- Czego chcesz?
- Może trochę grzeczniej, co? Teraz to ja mam władzę nad twoim życiem. - Jestem okrutna, tak przyznaję się bez bicia. Los mi pewnie za to odpłaci ale to nie czas na takie zmartwienia.
- Zapytałem C-Z-E-G-O C-H-C-E-S-Z!? - krzyczał.
- Tak nie będziemy się bawić - w sekundę byłam obok niego i zgniatałam mu nadgarstek. - Powiedziałam, grzeczniej. - Zaciskał z bólu zęby, żeby nie krzyczeć. Może tego nie chciał ale mimo woli bał się o swoje istnienie.
- Jak mam ci pomóc, skoro nawet nie wiem w czym? - Spuścił z tonu. Wróciłam na kanapę, odetchnęłam.
- Jesteś jednym z najlepszych czarowników, prawda? - Wymachiwałam rękami, to dla mnie typowy gest.
- Tak, najlepszym na świecie - uściślił, spojrzałam na niego spod łba.
- To nie czas na przechwalanie. Chcę sprowadzić kogoś z tamtego świata - zamurowało go. Pewnie spodziewał się wielu rzeczy ale nie tego. Cóż.... lubię zaskakiwać.
Otrząsnął się i zaczął się śmiać jak gdybym powiedziała jakiś mega śmieszny żart. Uniosłam brew. Już zaczynało mnie irytować, że wszyscy tak reagują kiedy ja mówię coś na poważnie.
- Czy ty wiesz, że wskrzeszenia udają się raz na 10 000- mówił dalej rozbawiony. - To trudna sztuka i wymaga dużej dawki mocy, śmiertelnej - spoważniał.
- Spotka cię to samo jak mi nie pomożesz - groziłam.
- Pff, nie podejmę się tego i proszę bardzo możesz mnie zabić.
Trzasnęłam za sobą drzwiami rzuciłam do chłopaków szybkie 'Pilnujcie go' i wróciłam do domu Sebastiana. Wzięłam długą kąpiel w lodowatej wodzie, ubrałam się w szorty i białą koszulę, wyszłam na taras i podziwiałam jak wstaje nowy dzień. Nie taki dobry jakbym sobie tego życzyła. Po głowie ciągle snuły mi się myśli jak mam zmusić Jellal'a to tego cholernego wskrzeszenia.
Na razie będę go więzić, wygląda na niecierpliwego może sobie odpuści ale jeśli nie? Do kogo mama zadzwonić? Kogo mam prosić o pomoc? Szczerze mam już dość proszenia o przysługę. Ale muszę być przygotowana na ewentualność, że sama sobie nie poradzę.
Może Adrian? On powinien wiedzieć ale nie teraz. Znam jego charakter, chciałby tego tak samo co ja ale nie ryzykowałby. W Wallii nie rozmawialiśmy o 'tej' jesieni ale to wiecznie wisi nad naszymi głowami. Adrian jest pod wieloma względami podobny do mnie, ja podobna do niego ale jednak wiele nas różni. On potrafi przyjąć z godnością przegraną, potrafi radzić sobie z bólem, godzi się z rzeczami, z którymi nie powinien się godzić, bo taki taki jest los. Ja nie. Swoje cierpienie przelewam na innych, wyżywam się na nich. Nienawidzę przegrywać. To akurat rzadko się zdarza ale mimo wszystko nienawidzę tego. Nie umiem godzić się z sytuacjami, które mi się nie podobają. Nie wiem czy to dobrze, już dawno przestałam się nad tym zastanawiać. Adrian odpada.
Damon też, poza tym co on miałby niby zrobić? Alec... on oczywiście zrobi to co będzie chciał Aro i reszta tych typów z Vollturi. Nie będę mieszać w to Belli, bo
a) Ma swoje życie, niech się cieszy tym swoim Edziem.
b) Jest wrażliwa na cudzy ból ale nie aż tak, żeby bawić się w jakieś rytuały.
c) Mam dość słuchania, że z pewnymi rzeczami, a mianowicie śmiercią nie można wygrać.
Reszty Swan'ów również nie będę w to mieszać, bo ich podejście będzie takie samo. Może pomogłaby mi ta chochlikowata Cullen, Alice ale w sumie to jej dar średnio będzie przydatny.
I generalnie to są wszystkie osoby, które ewentualnie mogłyby mi pomóc. Nie wiele ich jest ale nie ma co się dziwić...
Na dworze jest już całkiem jasno. W powietrzu unosi się piękny zapach trawy i kwiatów. Śmiem przyznać, że to jest lepsze niż papierosy. Strasznie mi to przypomina rok 1828.
Dokładnie jesień. 29 października to był najgorszy dzień w moim życiu, z resztą nie tylko moim. Jest jest jeszcze dwóch kawalerów, którzy podzielili mój los. Ale jeśli użyłam słowa 'jest' to właściwie jeden kawaler, bo drugi wącha kwiatki od spodu. I wcale tego dnia nie nastąpiła moja przemiana miałam już jakieś 35 lat. Przechodzą mnie ciary jak o tym myślę, boli tak samo bardzo. I nie ważne, że minęło ok. 200 lat, że raczej zaliczam się do osób o zmniejszonej wrażliwości, boli tak samo. Strata bliskich zawsze boli, bez względu czy ktoś jest dobry, zły czy coś pomiędzy.
Sebastian cicho usiadł obok mnie. On też to czuje. Stracił rodziców i pewnie nie tylko ich. Potrafię współczuć tylko tym, którzy przeżywają to co ja. Identyfikuje się z ich cierpieniem. To smutne, że potrafię być aż tak perfidna.
- Dlaczego jesteś smutna? - zapytał wbijając we mnie zielone jak trawa, oczy.
- Nie zawsze jest tak jak byśmy tego chcieli i czasem już męczy mnie udawanie, że mnie to nie obchodzi.
- Co dokładnie jest nie tak? - Nie mogłam mu powiedzieć jak było naprawdę.
- Interesy mi nie idą - skłamałam.
- Może nie znam cię za długo ale wiem, że nie jesteś typem osoby, która przejmowałaby się aż tak bardzo interesami.- A jeśli te interesy dotyczą życia i śmierci? zadałam pytanie w myślach - I z tego co rozumiem zostaniesz dłużej?
- Na razie nigdzie się nie wybieram więc możesz zabrać mnie na spacer - zachęcająco się uśmiechnęłam, Sebastian już cały w skowronkach porwał mnie za rękę i prowadził w stronę ogrodu.
***
Nazajutrz bez pukania weszłam do domu Daniela. Z Mattem siedział na kanapie i oglądali TV.
- Jak tam nasz więzień? Będę mogła rozważyć wyjście za dobre sprawowanie? - zażartowałam, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Oglądaliśmy przez chwilę program o gotowaniu (!?) kiedy oznajmiłam:
- Pora na widzenie.
Weszłam do pokoju, w którym był szanowny Pan Lewis. Dość dobrze wyglądał, jak widać chłopaki go napoili i nakarmili.
- Jak morale mojej drużyny dobra? - zawołałam z udawaną radością. Nic nie odpowiedział więc kontynuowałam. - Idziesz na współprace? Przecież widzę, że masz dość. Wy ludzie jesteście strasznymi mięczakami - kpiłam. Czarownicy i czarownice, choć kobiet jest mniej są ludźmi. Mają zdolności ale ich ciało jest takie samo jak każdego innego człowieka. Może ciut bardziej odporniejsze.
- Jellal, pomóż mi, a dam ci spokój - mówiłam już całkiem poważnie.
- Nathalie - zaczął jak gdyby miał się zgodzić - nie - powiedział ostro. Wymierzyłam mu siarczysty policzek. Na wszelki wypadek dwa, tak dla zasady.
- Nie będę się z tobą bawić w kotka i myszkę! Masz czas do jutra! Radzę ci lepiej dobrze się zastanów - rzuciłam na odchodne. Wściekła wyleciałam na chodnik. Miałam dość tej niepewności. Zapaliłam 3 papierosy. Uspokoiłam się, wsiadłam do Bentleya i gdybym mogła rozpłakałabym się. Przed oczyma miałam tę piękną, bladą, uśmiechniętą twarz z martwymi źrenicami. Ten straszny widok zastąpił miły głos w mojej głowie, mówiący 'Nathalie, nie możesz wiecznie się na mnie obrażać za to, że mówię prawdę jesteś małą, rozpieszczoną dziewczynką ale za to jaką uroczą' i ten śmiech, dużo bym dała aby znów go usłyszeć... Uderzyłam trzy razy pięściami w kierownicę, gówno pomogło. Z piskiem opon ruszyłam dalej.
Nadal zdenerwowana wysiadłam z samochodu przed willa. Biegiem poszłam do swojej sypialni i nie wychodząc przez 24 h wpatrywałam się w biały sufit.
***
Jestem już w drodze po odpowiedź nurtującego mnie pytania od dłuższego czasu: Czy mi pomożesz? Jellal to twardy gość ale mam nadzieję, że się opamięta. Wypaliłam już 3 paczki fajek i serio chyba będzie tak jak Adrian napisał, umrę na raka płuc i to mnie będą musieli wskrzeszać. Chyba, że nikt nie zatęskni za sarkastycznymi uwagami. Zaśmiałam się złowieszczo do siebie i przez moją nie uwagę prawie spowodowałam wypadek. No pięknie, mało by brakowało, a miałabym kolejne osoby na sumieniu.
Bez witania się z Danem i Mattem wskoczyłam do pokoju, który robił za celę. Od razu napotkałam zimne i pewne siebie spojrzenie Jellal'a. Znałam odpowiedź. Szkoda, że tak zadecydował, mogliśmy się dogadać.
- Jesteś pewien, że się nie zgadzasz?
- Nie zrobię tego, bo nie mam w zwyczaju pomagać wampirom, w dodatku tym po drugiej stronie. - Nie wiem kto w tej historii jest zły, a kto nie. Dużo słyszałam o tym czarowniku i ma pokaźną sumkę złych uczynków na koncie.
- Zapytam jeszcze raz, jesteś pewien? - Byłam całkiem poważna. Najgorsze było to, że sie nie bał, do czasu.
- Jestem pewien. - I tu wyczułam już nutkę zwątpienia. Pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę.
- Pomożesz mi? - Mój ton był wręcz błagalny.
- Nie. - Próbował być bardzo stanowczy, starał się to widać ale nie wyszło mu.
- Nie? Miło było cię poznać, Jellal. - Wraz z wypowiadanym imieniem rzuciłam w niego kołkiem. Narzędzie zbrodni przebiło jego pierś, krew rozbryznęła się po pokoju. Wydał z siebie ostatni jęk i to był koniec. Westchnęłam, zaciągnęłam się słodkim zapachem krwi i powiedziałam do zwłok.
- Może kiedyś... jakaś dobra duszyczka zapragnie abyś wrócił do żywych i jestem pewna, że odwdzięczysz się kołkiem - nie mówiłam tego z żalem tylko dlatego, że teraz nie mam pojęcia kto może mi pomóc. Naprawdę jest mi go szkoda. Był odważny. I tak jak ja zbyt pewny siebie i uparty. Może w innych okolicznościach zaprzyjaźnilibyśmy się? Może przesadziłam z tą przyjaźnią ale może nie darzylibyśmy siebie taką nienawiścią? Jednego jestem pewna jeśli spotkamy się ponownie nie ma szans na jaką kolwiek znajomość. Już nie.
***
Zrezygnowana wróciłam do willi. Odświeżyłam się, spakowałam swoje rzeczy. I udałam się do biblioteki, gdzie siedział Sebastian. Ostatnio przez to całe zamieszanie nie było okazji pogadać, mijaliśmy się tylko w salonie. Ja nie miałam ochoty nic wyjaśniać i szczerze nie miałam do tego głowy, a on, jak sądzę nie chciał się wtrącać i stwierdził, że jak będę chciała pogadać to sama się zgłoszę.
- Hej! - uśmiechnęłam się najbardziej życzliwie jak mogłam.
- Dawno się nie widzieliśmy. - Odłożył książkę i spojrzał na mnie z uczuciem.
- Właściwie to chciałam się pożegnać - oznajmiłam chłodno. - Nie mam tu już czego szukać..
- Twoje interesy muszą być naprawdę ważne... Gdzie zamierzasz teraz jechać?
- Nie wiem - opadłam z westchnieniem na fotel. - Gdzie kolwiek. Wszędzie będzie mi źle... - Nie chciałam tego mówić, a już na pewno on nie powinien tego słyszeć.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi? Dlaczego od kilku dni jesteś nieobecna? Jakie prowadzisz interes? Wydaje mi się, że to bardzo poważna sprawa. - Nie powiem siłę perswazji to on ma. Spojrzał na mnie ostrym wzrokiem ale nie wściekłym.
Głośno wciągnęłam powietrze. I bum! Stało się mój wewnętrzny granat wybuchł! Ja wybuchłam. W sekundę w głowie miałam tylko jedną myśl 'MUSISZ KOMUŚ POWIEDZIEĆ'.
- Przyjechałam do Paryża z zamiarem odszukania jednego czarownika, Jellal'a Lewis'a - krzyczałam i już nie obchodziło mnie czy cały świat to usłyszy. Nie obchodziło mnie, że mój krzyk był tak głośny, że mógł by dotrzeć nawet do piekła. - Ale on nie chciał mi pomóc i nie wiem co teraz zrobię! Wszystko mi się wali! - Banalny tekst ale trafny w tej sytuacji. Zrobiłam wydech i opuściłam głowę, chyba ze wstydu.
- Nathalie - Sebastian powiedział czule - nie wiem dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałaś. Nie bądź taką indywidualistką. Znam kogoś kto może ci pomóc - podszedł do mnie i pogłaskał mnie po plecach. Uklęknął obok fotela i patrzył mi w oczy. Czyli jest jakaś nadzieja! Odżyłam. - Mam przyjaciela, który jest czarownikiem co prawda mieszka w Japonii ale bez problemu jutro możemy do niego polecieć. - Byłam już wniebowzięta, Sebastian widząc moją radość, uśmiechał się zadowolony z siebie. - A teraz powiedz mi o co chodzi. Może nie będzie potrzebna fachowa pomoc? - I tu zaczynają się schody. Mina mi zrzedła. Nic nie odpowiadałam. Mój rozmówca zauważył stan w jakim się znajduję i zapytał:
- Nath, o co chodzi? - Był ostrożny i już wiedział, że to nie jest wcale taka łatwa sprawa jak mu się wydawało. - Hej! Powiesz w końcu?
Mam nadzieję, że nie pożałuję, że ci zaufałam.
- Chcę kogoś wskrzesić. - Taaak, powiedziałam to, a on zareagował tak samo jak Jellal. Może nie do końca, bo Sebka zamurowało ale nie wybuchnął śmiechem. W końcu dał jakiś znak, że żyje - zamrugał.
- Kogo?
----------------
* Monsieur - pan
** Kto oglądał lub czytał Harr'ego Potter ten wie o co chodzi :D
----------------
Może jakieś pomysły kogo chce wskrzesić Nathalie? I jak sądzicie Nath jest jednak zła czy może dobra? Ciekawią mnie wasze opinie :)
Taśka
P.S Ja jestem zachwycona rozdziałam Taśki.! ;p A wy.?
Komentujcie.!
Pozdrawiam ;) Ruda Weasley ;*
Taśka
----------
38. Oszukać przeznaczenie.
Oczami Nathalie:
Była lekka mżawka. Krople deszczu spływały po mojej białej twarzy. Wydaje się to niemożliwe ale jeszcze bledszej niż zwykle ze zdenerwowania. Wielkie chmury krążyły mi nad głową, niebo płonęło szarością jak gdyby miało zaraz pęknąć. Deszcz wydawał się coraz cięższy, napięcie wzrastało, byłam coraz bliżej. Muszę dostać to po co idę. MUSZĘ! Przeszedł mnie dreszcz. Wiem, że w moim stanie to nie możliwe ale przeszyło mnie coś podobnego.
Skręciłam w ciemną uliczkę był już zmrok ale bladej twarzy na jej końcu nie sposób było nie zauważyć.
- Spóźniłaś się - powiedział pokazując kły jakiś tam wampir, właściwie sługus, nie pamiętam jego imienia. Ale mam się bać? Serio?
- Sorry, korki były na mieście, Londyn to tłoczne miasto nawet w taką pogodę. - Zależy mi tylko na jednym więc wysiliłam się na dość życzliwy ton. - Ale widzę, że się nie nudziłeś. - Na ustach miał krew. Słysząc moje słowa, wyszczerzył się i oblizał wargi.
- Hm... smacznie robi się z tobą interesy.
- Masz? - zapytałam desperackim głosem. Wyciągnął białą kopertę, wyrwałam mu ją z błyskiem w oczach.
- Skoro już masz to co chcesz to może powiesz mi jak udało Ci się załatwić taką wyżerkę? - Tak, tak to ja jestem odpowiedzialna za śmierć kolejnych osób ale przynajmniej się najadł ten tu. To wcale nie jest trudne namówić kilka osób na 'kolację'. I wcale nie ukrywałam faktu, że to oni mają być daniem głównym. Podchodzisz do takiego desperata mówisz mu, że w ten dzień, o tej godzinie, w tym miejscu mogą spotkać, prawdziwego, najprawdziwszego wampira. Gratis jest taki, że mogą zostać jednym z nas ( kruczek jest taki, że umrą ale nie będą żywymi trupami ). Niektórzy przychodzą i kończą jako posiłek, a inni zachwycają się, że spotkali wampira - mnie. Piszą o tym książkę ale ludzie to jest rasa małej wiary więc wszyscy uważają taką osobę za wariata i biedaczek musi z tym żyć.
- Z naszą urodą to nie jest trudne - uśmiechnęłam się uroczo, odwróciłam i pomachałam.
Szłam już wzdłuż głównej ulicy prowadzącej do luksusowego apartamentu, który wynajęliśmy z Damonem. Po powrocie z Włoch pojechałam odwiedzić ojczyznę. Spędziłam trochę czasu w Walii z Adrianem. Damona oczywiście z nami nie było, nadal nie wiem dlaczego mój brat tak bardzo nienawidzi mojego narzeczonego i odwrotnie.
W Walii znów poczułam się świetnie, z Adrianem szaleliśmy jak dawniej. Nie rozdrapywaliśmy starych ran. Z ludzkiego życia pamiętam mało ale w głowie mam scenę jak jako dzieci bawimy się w berka. Przepełnia mnie miłość. I nie mam pojęcia dlaczego robię się taka wrażliwa. Muszę wyluzować. Ale dzisiaj czeka mnie jeszcze jedna misja. Jedna z tych samobójczych. Jak się nad tym zastanowić to chyba nie jestem aż taka wrażliwa. Ale nie lubię się oszukiwać, a nad tą sprawą myślałam już dłuższy czas.
Weszłam do mieszkania mokra, mocząc wszystko w koło. Przebrałam się w suche ubrania. Spakowałam najważniejsze rzeczy do niewielkiej torby i udałam się do salonu, w którym Damon rozwalony na kanapie oglądał TV. Nie co innego jak wybory miss, śliniąc się to kawałka szyby niemiłosiernie. Przewróciłam oczami.
- Musimy pogadać.
- Nie teraz - marudził.
- Jasne, poczekam. - Niech ma odrobinę szczęścia chłopina. Usiadłam na kanapie obok niego. Założyłam ręce na piersi i jednak zirytowana jego zachowaniem cierpliwie czekałam. Minęły może 2 minuty. Wzdychałam może jakieś 20 razy. Koniec dnia dla zwierzątek. Wstałam, zgasiłam sprzęt. I już miałam powiedzieć to co leży mi na sercu od kilku tygodni kiedy ten idiota musiał mi przerwać:
- I niby to co chcesz mi powiedzieć jest ważniejsze niż wybory miss? - Zdenerwowałam się, postanowiłam użyć swojej najskuteczniejszej broni, czyli sarkazmu:
- Oczywiście, że nie. Ale może chcesz żebym przekazała ci tę w ogóle nie istotną wiadomość, że się ROZSTAJEMY. - Może to niezbyt delikatne ale ostatnie słowo wypowiedziałam głośno i wyraźnie. Zamurowało go. Nie jest tak, że mi na nim nie zależy. Trochę zależy ale go nie kocham. Było fajnie ale to powinno się skończyć. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że on też mnie nie kocha, Elena dalej jest najważniejsza.
Nie może nic z siebie wydusić. Podałam mu pierścionek i dodałam:
- I tak to pewnie była podróba. - Z tymi słowami wzrok mu się wyostrzył, patrzył na mnie jakby chciał zabić. Właściwie tak właśnie było, cóż nie dziwie się moja uwaga był niezbyt subtelna. Ale pocieszenie jest takie, że chociaż wzbudziłm w nim jakieś emocje.
- Nie masz żadnych uczuć.- No nie... I on serio myśli, że to mnie ruszy? Słyszałam to setki razy i to raczej jest prawda. Są wyjątki ale niewiele. Mimo wszystko mam jakieś tam poczucie własnej wartości i trzeba się rozstać w zgodzie, co najmniej tak zawsze gadają te inteligentne babki z filmów romantycznych. Westchnęłam. W sumie dużo razem przeszliśmy.
- Posłuchaj, po co się oszukiwać? Prędzej czy później to i tak by się stało. Ty kochasz Elenę...
- To przez tego bliźniaka? Czy twój kochany braciszek nawciskał ci jakiś głupot? - krzyczał.
- Nie. To jest tylko i wyłącznie moja decyzja, jakbyś nie pamiętał to jestem już duża i sama mogę decydować z kim i kiedy się spotykam. - Wróciłam do sypialni po torbę i szłam w stronę drzwi wyjściowych kiedy obok nich stanął mój ex narzeczony ze smutną miną i dopiero teraz doszło do mnie, że go zraniłam, co prawda mi szybko przejdzie ale dla niego to może nie być takie łatwe. Elena też go zostawiła, w dodatku dla jego brata. Zraniona duma i te sprawy.
- Dlaczego mnie zostawiasz? - zapytał całkiem poważnie, bez złości czy pogardy.
- Przeżyliśmy razem dużo fajnych chwili i z pewnością ich nie zapomnę - kłamałam, na pewno niektórych nie zapomnę ale głowy nie dam sobie uciąć - ale nie jesteśmy dla siebie stworzeni...
- Ty nie wierzysz w przeznaczenie.
- Nie ale po prostu czuję, że tak będzie lepiej. - Zawsze uważałam, że lepiej powiedzieć 'nie kocham cię' niż wciskać takie beznadziejne kity ale jakoś trudno było mi tak prosto z mostu... Kiedy stoi tak przede mną, bez żadnej maski chama, aroganta, wydaje się podatny na wszelkie ciosy i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to jest podstawowa rzecz, która nas łączy, że to nie jest tak, że nie mamy w ogóle żadnych uczuć. Spojrzałam na niego z miłością. Tak z miłością. Darzę go uczuciem ale nie takim jak para kochanków ale takim jak przyjaciela. Teraz to do mnie dotarło. Uśmiechnęłam się ładnie i pocałowałam ostatni raz. Kiedy już się oderwaliśmy od siebie posłałam mu ironiczny uśmieszek, odpowiedział tym samym i już oboje byliśmy sobą.
- Powodzenia, przyjacielu.
- Żegnaj, szalona Nathalie. - I jeszcze jeden ironiczny uśmiech i spadam.
Z pewnym żalem jechałam przez Londyn nowiutkim BMW. Stanęłam obok mostu, na obrzeżach miasta. Wysiadłam, nabrałam powietrza w płuca. Z prawej kieszeni wyciągnęłam zapalniczkę i papierosa. Był zgnieciony, bo do kieszeni wrzuciłam go luzem, widniał na nim czarny, mało czytelny napis 'I tak umrzesz na raka płuc' wykonany przez Adriana. Uśmiechnęłam się, Ach, my niepoprawni optymiści. To u Waters'ów rodzinne. Włożyłam do ust mojego 'zabójcę' i próbowałam użyć zapalniczki, nic, drugi raz, dalej nic. Dopiero za trzecim razem pojawił się ogień. Zaciągnęłam się, dym pieścił moje płuca. Wypuściłam pokaźną ilość i powtarzałam czynność aż do wypalenia tytoniu. Kiedy skończyłam sięgnęłam do lewej kieszeni. W ręku trzymałam białą kopertę, w której była również biała kartka. Rozłożyłam ją, ujrzałam starannie napisane słowa: Paryż. Jellal Lewis.
- Francjo szykuj się, nadchodzę.
***
Wylądowałam w Paryżu. Po wydostaniu się z zatłoczonego lotniska kupiłam butelkowo zielonego Bentleya. Nie wiedziałam gdzie szukać więc zatrzymałam się na parkingu obok parku, ze świetnym widokiem na wieżę Eiffla.
Minęły już trzy godziny, a ja dalej w takiej samej pozycji siedziałam i nie miałam pojęcia gdzie szukać. Dobrze, że się najadłam jeszcze w Londynie. Matko, jak ja nienawidzę takich bezproduktywnych dni... Poczekałam jeszcze moment aby się całkiem ściemniło, żebym nie musiała zakrywać ciała.
Wreszcie wolna, wyszłam z samochodu i zrobiłam wyliczankę w którą stronę iść. Prawa? Czy lewa? Prawa? Lewa? Lewa? Prawa? Lewa. Nie przyjechałam tu żeby podziwiać urok Paryża po zmroku ale co mi innego zostało? Wszystkie znane mi wampiry z Paryża wyjechały, zginęły lub są moimi wrogami. Nie mam u kogo zaczerpnąć informacji. Nie szczególnie pamiętam nazwę knajpy dla naszej rasy, drogi tym bardziej. Nawet jeśli, to co mi z nazwy? Ludzie i tak jej nie znają.
Minęłam kolejny klub, restauracje, hotele. W końcu trafiam na kasyno. I wreszcie jakieś ciekawe miejsce.
To nie jest jedno z tych luksusowych lokali, zapuszczona melina i szczerze wątpię czy kobiety tu zaglądają. A na zewnątrz wyglądało przyzwoicie. Barmani wiedzą wszystko więc szybko podeszłam zamówić coś mocniejszego. Obserwowałam czy nie ma tu jakiegoś 'nieżywego' kiedy barman zagaił:
- Szukasz kogoś? - Wyglądał jak chłopak z kółka szachowego. Nie... trochę przesadziłam jak miły i wrażliwy chłopak, którego przedstawia się rodzicom, zaprasza się go na kolację do domu, a on chwali dania mamy. Kompletnie tu nie pasuje. Wydaje się, że jest niegroźny ale niespecjalnie ufam nieznajomym, choć gdyby nie znał Lewisa to co może się stać? Postanowiłam zaryzykować.
- Jellal Lewis. Przychodzi tu?
- Nie, niestety nie znam go.
- Szkoda - odpowiedziałam z ironią. Zniesmaczony chłopak odszedł. Zapaliłam dwa papierosy i wyszłam. I znowu jestem w martwym punkcie. Bez namysłu ruszyłam przed siebie i znów kasyno. To jest eleganckie ale tym razem to ja nie jestem przystosowana do tego miejsca. Podarte dżinsy, skórzana kurtka, zniszczone trampki, rozwiane włosy ( choć ja osobiście uważam moją fryzurę za zaletę ). Pozytyw jest taki, że mam nowiutki t-shirt, ładny, pachnący. I raczej by mnie nie wpuścili ale manipulanci mają łatwiej.
Wygrałam w 21 całkiem pokaźną sumę i postanowiłam wyjść gdyż nic nie przykuło mojej uwagi ( prócz przystojniaków w garniturach ). Jeden wyszedł za mną.
- Hej! Poczekaj. - Zatrzymałam się. Nieznajomy uśmiechnął się ładnie. - Może wypijemy razem drinka?
- Oczywiście. - że musisz być moim posiłkiem, dodałam w myślach.
- Jesteś z...?
- Walii.
- Nie wiedziałem, że macie tam takie piękne kobiety. - Zatrzymał się, za plecami miał ślepą uliczkę to doskonała okazja.
- To czas się o tym przekonać. - Z tymi słowami popchnęłam go w głąb uliczki i ugryzłam. Krew sączyłam powoli, nie lubię się śpieszyć jeśli chodzi o jedzenie. Zostawiłam martwe ciało mężczyzny i odeszłam.
***
Drugi dzień w Paryżu jak się okazało był tym szczęśliwym. Podwójnie szczęśliwym.
Zaczęło się rozjaśniać ale dzień zapowiadał się pochmurny więc bez wszelkiej dodatkowej garderoby spacerowałam Paryskimi ulicami.
Dobra Nathalie, trzeba się skupić. Kogo tu znasz? Na pewno ktoś jest. Ooo, jaka piękna sukienka. Nie, nie, nie. Nie skupiaj się na kawałku jakiejś szmatki. Ale za to jakiej ładnej. Rozmarzyłam się i postanowiłam nie działać wbrew sobie i kupiłam sukienkę. Zadowolona wyszłam ze sklepy i przypomniałam sobie. Dan!
Już pod domem wspólnego znajomego, mojego i Damona miałam przeczucie, że będzie dobrze. Zapukałam, bo dzwonek nie działał. Po chwili drzwi się otworzyły. Stał w nich napakowany wamp z dziwnie zgolona głową. Groźnie spojrzał po czym uśmiechną się i radośnie zawołał:
- Nathalie! No niech cię uściskam. - Prawie zgniótł mi żebra. Taki właśnie jest Dan. Z jednej strony groźny, a drugiej pozytywny i niezbyt inteligetny ale tę jedną wadę jestem wstanie mu wybaczyć.
- No hej osiłku. - Uderzyłam go w ramię pięścią. - Zaprosisz mnie?
- Jasne właź. To jest Matt - przedstawił faceta siedząacego na kanapie.
- Cześć. Nie będę owijać w bawełnę. Mam sprawę.
- Oczywiście. Ale to zaraz. Gdzie masz Damona?
- Kiedy widzieliśmy się 3 dni temu był w Londynie.
- Czy... no, ten.... jesteście jeszcze razem?
- Nie. Muszę kogoś znaleźć. Mogę mówić przy nim? - Wskazałam brodą na Matta. Chłopak wyraźnie zainteresował się.
- Tak. - Dan spoważniał.
- Jellal Lewis. - Moi rozmówcy roześmiali się równo.
- Powiedziałam coś śmiesznego? - zapytałam.
- Dziewczyno, po co ci ten gość? - Matt po raz pierwszy się odezwał.
- Ptaszki ćwierkają, że może mi pomóc w ważnej sprawie. - Dan zauważył błysk w moich oczach i już wiedział, że coś knuję.
- Nathalie. On ci w niczym nie pomoże. Nie lubi współpracować.
- Spokojnie - uśmiechnęłam się zalotnie - ze mną będzie chciał pracować. Pomożesz mi go znaleźć? Może chociaż powiesz gdzie mogę go szukać?
- Zajmę się tym - Dan jest profesjonalistą - jutro, może za dwa dni odezwę się do ciebie. Daj mi swój numer. - Wymieniliśmy się telefonami i już stałam w drzwiach kiedy stary znajomy zapytał:
- Dlaczego się rozstaliście?
- Nasze drogi się rozeszły, czasem tak bywa - powiedziałam sarkastycznie.
Rozluźniłam się trochę i dalej bez sensu spacerowałam. Promienie słońca lekko przemykały się przez chmury więc na głowie miałam czarny kapelusz. Z nudów wyciągnęłam komórkę, znalazłam numer Belli i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Po jednym sygnale usłyszałam życzliwy głos przyjaciółki.
- Słucham.
- Siemanko Belluś. Co tam w szerokim świecie słychać? 'Młoda Para' już wróciła? Jak było? - zasypałam ją pytaniami.
- Spokojnie, spokojnie. Po kolei. Jeszcze nie wrócili ale świetnie się bawią. U mnie w porządku, wróciłam do Edwarda. Tylko się nie czepiaj... - Marudziła jak mała dziewczynka.
- Wiedziałam, że tak będzie. Chyba nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam szczęścia. Ty też życz mi szczęścia na nowej drodze życia.
- Jak to!? Powiedzieliście sobie 'tak'? Nigdy ci nie wybaczę, że mnie przy tym nie było...
- Już się tak nie bulwersuj. Jeszcze będziesz miała okazję być na moim ślubie, bo rozstałam się z Damonem.
- Ciężko za tobą nadążyć - skarciła mnie. Nie wiem czemu i tak nie lubiła mojego narzeczonego.
- A tak na marginesie też jestem w Paryżu.
- Też na podróży poślubnej? - Teraz obie śmiałyśmy się pełną parą.
- Miło widzieć cię w tak dobrym humorze, Nathalie - powiedział Sebastian, który nie wiem skąd zmaterializował się metr przede mną. Uśmiechnęłam się szeroko, że ja o nim zapomniałam?
- Bells muszę kończyć, pa - nie czekając na odpowiedź rozłączyłam się. - Monsieur* Ganthier co za miłe spotkanie. - Trochę ironizowałam. Zaproponował mi ramię, przyjęłam je i poszliśmy dalej.
- Jestem zawiedziony, że nie powiadomiłaś mnie, że jesteś we Francji ale skoro już się spotkaliśmy to tak łatwo cię nie wypuszczę. - Posłał mi zabójczy uśmiech.
- Tylko pamiętaj, że jestem bardzo wymagająca. Musisz być dobrym przewodnikiem i gospodarzem.
- Oczywiście. Byłaś na wieży Eiffla? Ile już tu jesteś?
- Niewiele, drugi dzień. Nie, nie byłam.
- Musimy koniecznie na nią wejść.
***
Obejrzeliśmy chyba wszystkie ciekawe miejsca w Paryżu, świetnie się przy tym bawiąc. W końcu Seba zaproponował:
- Może zatrzymasz się u mnie? - Wyczułam w jego głosie dziwną nutę i obawę, że jednak się nie zgodzę.
- Nie wiem, - udawałam, że się zastanawiam, aktorką jestem bardzo dobrą - a masz tam godziwe warunki dla takiej księżniczki jak ja? Nie na-wi-dzę wszystkiego co tanie i nie wystawne - machałam dłońmi. Francuz natomiast przewrócił oczami i powiedział:
- Mam nadzieję, że spełnię twoje warunki - mówił sarkastycznym tonem.- Choć, godzina jazdy przed nami, księżniczko. - Figlarnie do mnie mrugnął.
Po godzinie.
Wysiadłam z Bentusia, a właściciel tej niesamowitej willi ze swojego samochodu. Robi wrażenie ten jego 'domek'. Co prawda mam podobną rezydencję w Walli ale to co innego. Ten ma duszę.
- Wiesz mam większy... - droczyłam się.
- Wszelkie skargi i zażalenia przyjmuję do 15. Więc będziesz musiała wytrzymać tu do jutra.
Okolica jest naprawdę ładna. Cicha i spokojna. Właściwie Sebek nie ma żadnych sąsiadów, bo mieszka niedaleko małej wioski pod Paryżem.
Weszliśmy do środka i wrażenia bardzo pozytywne. Dużo przestrzeni, jasno, przejrzyście. Od razu spodobała mi się jego kanapa. Czerwona i stara, zawsze taką chciałam. Rozwaliłam się na niej i jest bardzo wygodna.
- Czuj się jak u siebie w domu. - Uśmiechnięty właściciel usiadł na fotelu obok.
- Mieszkanko po rodzicach pewnie? Znaczy... jasne, mogłeś sam się dorobić ale widać, że jest nie z tej epoki. Ile ty masz właściwie lat?
- Może pokażę ci dom i opowiem historię mojej rodziny?
- Dobra ale najpierw powiedz mi ile masz lat - zażądałam mierząc w niego palcem.
- Jeśli już musisz wiedzieć to 679.
- To pokaż tą swoją skromną chatkę, staruszku.
Zwiedzaliśmy i rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że Sebastian stracił rodziców zaraz przed tym jak został zmieniony. Powiedział, że to dobrze, bo mniej bolało, nie czuł tak strasznego wewnętrznego bólu jak wtedy kiedy był człowiekiem. Bardzo tęskni. Ukuło mnie w serce, bo czuję to samo.
Podobało mi się w pokoju muzycznym. On rzadko tam bywa, bo jak sam powiedział 'Mam wiele talentów ale śpiewanie i gra na instrumentach niestety do nich nie należą'. Poszliśmy do biblioteki, to dopiero dla mnie raj. To było dobre miejsce, żeby 'odpocząć'.
- Możesz jakąś wziąć - zaproponował widząc jak zachwycam się książkami. - Którą chcesz?
- Wszystkie - powiedziałam nie wychodząc z zachwytu. Tysiące, starych książek, ten zapach. Niesamowite.
- Okay, są twoje - zaśmiał się i usiadł. Postanowiłam uważnie mu się przyjrzeć. Nadal ma te piękne zielone oczy, rozbrajający uśmiech i nadal ładny. Idealnie skrojony garnitur, w którym widziałam go we Włoszech zamienił na niebieską koszulę i dżinsy. Wyszczerzył się jeszcze bardziej, chyba zauważył, że go obserwuję.
- Nie wiem co jest lepsze. To, że tak uroczo zachwycasz się książkami czy to, że z dziwnie łagodnym wzrokiem wpatrujesz się we mnie? - Uniósł brew, zadowolony z siebie.
- Książki są o wiele ciekawsze od człowieka. Z taką kolekcją powinieneś o tym wiedzieć - lekceważąco odwróciłam się do niego plecami i przejeżdżałam opuszkiem palca po grzbietach idealnie ułożonych książek.
- Nie jestem człowiekiem.
- Świetna wymówka - przewróciłam oczami. - Wiesz o co mi chodzi.O istoty żyjące lub nie do końca żyjące - uściśliłam, żeby nie mógł się przyczepić.
- Jak na ciebie patrzę to nie jestem przekonany, że te kartki są bardziej interesujące od ciebie, a przeczytałem je wszystkie.
- Teraz usiłujesz zaimponować mi inteligencją?- postanowiłam wejść w grę. Zagryzł dolną wargę i po chwili odpowiedział:
- Może - Wróciłam do przeglądania książek, wybrałam jedną, potem podeszłam do okna i obserwowałam widoki czując na plecach wzrok. Dawno nie paliłam, zapragnęłam smaku dymu. Tym razem wyciągnęłam fajkę z napisem 'Czas jest najskuteczniejszym mordercą' zastanawia mnie jak Adrian to zmieścił? I czemu wypisuje mi ciągle coś o umieraniu? To przepowiednia? Nie ważne, zapaliłam.
- Na ślubie widziałem jak twój brat ciągle palił. To u was rodzinne?
- Tak. My, Waters'i wszyscy jesteśmy próżni, pewni siebie i lubimy palić.
- Zapamiętam.
- Widzimy się później. - Powiedziawszy to poszłam do wcześniej pokazanego mi pokoju. Odświeżyłam się. I położyłam na wielkim łóżku. Zaczęłam czytać książkę, którą wzięłam z biblioteki ale po 47 stronach odłożyłam ją i leżałam z zamkniętymi oczami. Sięgnęłam po stary dziennik ze swojej torby. Była w nim opisana, między innymi ta feralna jesień. W środku było zdjęcie. Stare, czarno białe. Z 1828 roku zrobione w Wallii. Przedstawiające trzech młodych ludzi. Dwóch mężczyzn i jedną kobietę. Podobieństwo między nimi było uderzające. Pewne siebie spojrzenia, nie niewinne uśmiechy i uczucie jakim siebie darzą postacie z fotografii. Może na pierwszy rzut oka ciężko to dostrzec ale ja wiem, że tak właśnie było. I znowu dopadło mnie to okropne uczucie o destrukcyjnej sile, ponownie rozrywało mnie od środka. Nathalie musisz się uspokoić. Wiem, że uda mi się i, że to co chcę zrobić jest słuszne.
***
Mija już 4 dnień w domu Sebastiana, a 6 we Francji. Gospodarz dba o to bym się nie nudziła. Kąpiemy się w stawie, chodzimy na spacery po ogrodzie ( to wielki ogród, już 2 razy się w nim zgubiłam co zaowocowało tym, że Seba za każdym razem wybucha śmiechem kiedy sobie o tym przypomni. Uważa, że z moim wewnętrznym GPS'em jest coś nie tak i nie tylko z nim... Aż wzięłam sobie te słowa do serca... ), często odwiedzam bibliotekę i pokój muzyczny. Zdarzyło się, że poszliśmy razem na polowanie. Niestety musiałam zadowolić się zwierzętami. Jedna rzecz mnie martwi, a mianowicie to, że Dan nie dzwoni.
Siedziałam w ogrodzie kiedy Ganthier położył się obok mnie na trawie. Oboje się świeciliśmy gdyż było tego dnia bezchmurne niebo i słońce obdarzyło nas swoimi promieniami.
- Musisz mi obiecać, że ty kiedyś, mam nadzieję, że nie tak w dalekiej przyszłości też ładnie się mną zaopiekujesz i pokarzesz Wallię.
- Jasne, jak się stąd wyniosę. A na razie się na to nie zapowiada, bo bardzo mi się tu podoba - powiedziałam przeciągając się leniwie.
- Nie wątpię, że ci się tu podoba. Mogę się założyć, że szczególnie mój ogród - znowu ze mnie kpił z tym zawadiackim uśmiechem. Dałam mu kuksańca w ramię i w tym momencie oboje usłyszeliśmy Back in Black AC/DC. Odebrałam telefon, dzwonił Dan.
- Sorry, że długo to trwało ale ciężko gościa namierzyć. Zaraz wyślę ci miejsce, w którym się spotkacie, dziś o 22.
- Nie wiem jak ci się odwdzięczę.
- Nathalie przyjaciółko trzeba sobie pomagać ale powiedz mi jaką masz do niego sprawę - prosił. - Zawsze miałaś głupie pomysły więc się martwię.
- Ej, ja już miałam kiedyś jednego tatuśka. Nie potrzebuję drugiego.
- Jak chcesz, tylko nie pakuj się w kłopoty. Możesz dzwonić jak będziesz czegoś potrzebować. I ostrzegam nie będę miał żadnych skrupułów, żeby zadzwonić do Damona - groził.
- Nie ma takiej potrzeby żebyś do niego dzwonił zresztą i tak się nie zainteresuje po tym jak go potraktowałam ale zawsze mogłam być gorsza. Mogłam dać mu skarpetkę i powiedzieć, że zgredek jest wolny. - Dan zaczął się śmiać i na pożegnanie dodał:
- Żal mi go. Cześć.
Sebastian oczywiście słyszał całą rozmowę i nie obyło się bez pytań.
- Przyjechałaś tu w interesach? Myślałem, że dla przyjemności.
- Dla przyjemności też. Moja hipokryzja nie zna granic. Świętuję rozstanie w mieście zakochanych - zgrabnie ominęłam szczegóły, wstałam i dodałam. - Teraz muszę iść, widzimy się później - pomachałam mu uśmiechając się szeroko, odpowiedział smutnym uśmiechem, ledwo zauważalnym. Chyba liczył, że go wtajemniczę w moje plany ale na razie tylko ja o nich wiem i niech tak zostanie.
Na umówione miejsce przyjechałam przed czasem. Jellal wybrał starą fabrykę na obrzeżach miasta. Robi się jak w tanim horrorze, zaraz będziemy się zabijać. Pfff... Denerwuję się i to nie mało. Jednego jestem pewna. Lewis musi mi pomóc.
Przyjechał na czas. W punkt 22 stał przede mną średniego wzrostu, szczupły mężczyzna. Z zadurzą ilością żelu na włosach. Miał może ok. trzydziestki. Ubrany był w czarny płaszcz do kolan. Jego fryzura była najlepsza. Ten zaczes do tyłu... Ale w jego spojrzeniu było coś zadziwiającego. Doskonale wie kim jestem, a mimo to był strasznie pewny siebie. To denerwujące, tym bardziej, że się nie boi. Jest pewien, że tylko on może mi pomóc ( taka była prawda, nikogo więcej nie znałam kto byłby wstanie podjąć się tego zadania ) i nic mu nie zrobię. Trzeba ostudzić ten zapał.
- Jellal, współpracuj, a nic ci się nie stanie. - Zaczął śmiać się na cały głos.
- Posłuchaj pijawko, gdybym miał dawać sobą manipulować każdemu lepszemu to nie chodziłbym po tym świcie. - Jeszcze jedno słowo, a zaraz spełnię twoje życzenie, powiedziałam w myślach.- A twoi koledzy zapewniali mnie, że nie pożałuję tego spotkania. - Bezczelnie odwrócił się i zmierzał do swojego samochodu, stanęłam mu w drodze.
- Posłuchaj wiem, że boisz się o swoje życie - wyczułam to - więc jak nie chcesz go stracić to bądź grzeczny. Wiem czego się boisz, będę wiedziała o każdej rzecz, osobie, która jest dla ciebie ważna i wiesz co? Są w tarapatach, tak jak ty - przytknęłam mu palec wskazujący do piersi. Matko... zaczynam gadać jak psychopatka ale może to do niego trafi.
- Co wampirzyca - mówił z pogardą - tak wysokiej rangi, z darem robi u skromnego czarownika. Czyżby nie mogła sobie z czymś poradzić? - zapytał pochylając się nade mną.
- Posłuchaj gnojku - ręce zacisnęłam na jego szyi, nie mógł zrobić żadnego manewru - albo mi pomożesz albo pożegnasz się z tym światem. Ale ja jestem dobra - rozluźniłam trochę uścisk - i dam ci szansę ale nie będę bawić się w szukanie ciebie ponownie, pójdziesz ze mną. - Nie zdążył zaprotestować, bo zaaplikowałam mu dawkę środków usypiających. Byłam przegotowana. Czarownicy to wredna rasa, rzadko, który jest chętny do pomocy. Wywaliłam strzykawkę i wsadziłam go do bagażnika. Udałam się do Dana.
***
-Że niby mam go więzić u siebie w domu do momentu aż będzie chciał pomóc? - Dan krzyczał. - Czy ty nie umiesz normalnie rozmawiać? I dlaczego nie trafia do ciebie słowo 'nie'?
- Wiesz ile zajęło mi czasu dotarcie do tego człowieka? Nie będę szukać kolejnego czarownika. Jeden nieposłuszny mi wystarczy. - Mówiłam zdegustowana zachowaniem Jellal'a.
- Wiedziałem, że to kolejny poroniony pomysł z twojej strony.
- Mi się tam podoba - powiedział Matt, który stał przed przywiązanym do krzesła Lewisem i podnosił jego brodę po czym ona sama bezwładnie opadała. Uśmiechnęłam się na widok tej zabawy, a Dan skarcił przyjaciela wzrokiem ale ten nic sobie z tego nie robił.
Odciągnęłam Daniela na bok i choć w małym stopniu chciałam mu wyjaśnić całą sytuację.
- Posłuchaj, na pewno kiedyś miałeś, może masz osobę na, której strasznie ci zależy - poczekałam na odpowiedź, Dan pokiwał twierdząco głową, mogłam mówić dalej. - Ja też mam takie osoby.... I - nie wiedziałam co powiedzieć, żeby nie zdradzać za dużo - czasem los jest okrutny i trzeba posunąć się do pewnych rzeczy, żeby znowu być szczęśliwym.
- Nic nie rozumiem z tej twojej lakonicznej i pokręconej odpowiedzi ale widzę, że bardzo ci zależy i nie odwiodę cię od zamiarów więc chyba pozostaje mi tylko spełnić twoją prośbę.
- Było tak od razu - zachichotałam radośnie. - Naprawdę dziękuję ci. Fajnie, że mam takie życzliwe istoty obok siebie mimo, że ja nie jestem zbyt - nie dokończyłam bo Matt wykrzyczał:
- Obudził się.
Jellal otworzył oczy. Dalej widziałam pogardę w tych jego czarnych ślepiach.
- Możecie zostawić nas samych? - zapytałam, chłopcy wyszli. - Zostaliśmy tylko we dwoje, jak miło. - Przysiadłam na kanapie na przeciwko czarownika, ironicznie się uśmiechając.
- Czego chcesz?
- Może trochę grzeczniej, co? Teraz to ja mam władzę nad twoim życiem. - Jestem okrutna, tak przyznaję się bez bicia. Los mi pewnie za to odpłaci ale to nie czas na takie zmartwienia.
- Zapytałem C-Z-E-G-O C-H-C-E-S-Z!? - krzyczał.
- Tak nie będziemy się bawić - w sekundę byłam obok niego i zgniatałam mu nadgarstek. - Powiedziałam, grzeczniej. - Zaciskał z bólu zęby, żeby nie krzyczeć. Może tego nie chciał ale mimo woli bał się o swoje istnienie.
- Jak mam ci pomóc, skoro nawet nie wiem w czym? - Spuścił z tonu. Wróciłam na kanapę, odetchnęłam.
- Jesteś jednym z najlepszych czarowników, prawda? - Wymachiwałam rękami, to dla mnie typowy gest.
- Tak, najlepszym na świecie - uściślił, spojrzałam na niego spod łba.
- To nie czas na przechwalanie. Chcę sprowadzić kogoś z tamtego świata - zamurowało go. Pewnie spodziewał się wielu rzeczy ale nie tego. Cóż.... lubię zaskakiwać.
Otrząsnął się i zaczął się śmiać jak gdybym powiedziała jakiś mega śmieszny żart. Uniosłam brew. Już zaczynało mnie irytować, że wszyscy tak reagują kiedy ja mówię coś na poważnie.
- Czy ty wiesz, że wskrzeszenia udają się raz na 10 000- mówił dalej rozbawiony. - To trudna sztuka i wymaga dużej dawki mocy, śmiertelnej - spoważniał.
- Spotka cię to samo jak mi nie pomożesz - groziłam.
- Pff, nie podejmę się tego i proszę bardzo możesz mnie zabić.
Trzasnęłam za sobą drzwiami rzuciłam do chłopaków szybkie 'Pilnujcie go' i wróciłam do domu Sebastiana. Wzięłam długą kąpiel w lodowatej wodzie, ubrałam się w szorty i białą koszulę, wyszłam na taras i podziwiałam jak wstaje nowy dzień. Nie taki dobry jakbym sobie tego życzyła. Po głowie ciągle snuły mi się myśli jak mam zmusić Jellal'a to tego cholernego wskrzeszenia.
Na razie będę go więzić, wygląda na niecierpliwego może sobie odpuści ale jeśli nie? Do kogo mama zadzwonić? Kogo mam prosić o pomoc? Szczerze mam już dość proszenia o przysługę. Ale muszę być przygotowana na ewentualność, że sama sobie nie poradzę.
Może Adrian? On powinien wiedzieć ale nie teraz. Znam jego charakter, chciałby tego tak samo co ja ale nie ryzykowałby. W Wallii nie rozmawialiśmy o 'tej' jesieni ale to wiecznie wisi nad naszymi głowami. Adrian jest pod wieloma względami podobny do mnie, ja podobna do niego ale jednak wiele nas różni. On potrafi przyjąć z godnością przegraną, potrafi radzić sobie z bólem, godzi się z rzeczami, z którymi nie powinien się godzić, bo taki taki jest los. Ja nie. Swoje cierpienie przelewam na innych, wyżywam się na nich. Nienawidzę przegrywać. To akurat rzadko się zdarza ale mimo wszystko nienawidzę tego. Nie umiem godzić się z sytuacjami, które mi się nie podobają. Nie wiem czy to dobrze, już dawno przestałam się nad tym zastanawiać. Adrian odpada.
Damon też, poza tym co on miałby niby zrobić? Alec... on oczywiście zrobi to co będzie chciał Aro i reszta tych typów z Vollturi. Nie będę mieszać w to Belli, bo
a) Ma swoje życie, niech się cieszy tym swoim Edziem.
b) Jest wrażliwa na cudzy ból ale nie aż tak, żeby bawić się w jakieś rytuały.
c) Mam dość słuchania, że z pewnymi rzeczami, a mianowicie śmiercią nie można wygrać.
Reszty Swan'ów również nie będę w to mieszać, bo ich podejście będzie takie samo. Może pomogłaby mi ta chochlikowata Cullen, Alice ale w sumie to jej dar średnio będzie przydatny.
I generalnie to są wszystkie osoby, które ewentualnie mogłyby mi pomóc. Nie wiele ich jest ale nie ma co się dziwić...
Na dworze jest już całkiem jasno. W powietrzu unosi się piękny zapach trawy i kwiatów. Śmiem przyznać, że to jest lepsze niż papierosy. Strasznie mi to przypomina rok 1828.
Dokładnie jesień. 29 października to był najgorszy dzień w moim życiu, z resztą nie tylko moim. Jest jest jeszcze dwóch kawalerów, którzy podzielili mój los. Ale jeśli użyłam słowa 'jest' to właściwie jeden kawaler, bo drugi wącha kwiatki od spodu. I wcale tego dnia nie nastąpiła moja przemiana miałam już jakieś 35 lat. Przechodzą mnie ciary jak o tym myślę, boli tak samo bardzo. I nie ważne, że minęło ok. 200 lat, że raczej zaliczam się do osób o zmniejszonej wrażliwości, boli tak samo. Strata bliskich zawsze boli, bez względu czy ktoś jest dobry, zły czy coś pomiędzy.
Sebastian cicho usiadł obok mnie. On też to czuje. Stracił rodziców i pewnie nie tylko ich. Potrafię współczuć tylko tym, którzy przeżywają to co ja. Identyfikuje się z ich cierpieniem. To smutne, że potrafię być aż tak perfidna.
- Dlaczego jesteś smutna? - zapytał wbijając we mnie zielone jak trawa, oczy.
- Nie zawsze jest tak jak byśmy tego chcieli i czasem już męczy mnie udawanie, że mnie to nie obchodzi.
- Co dokładnie jest nie tak? - Nie mogłam mu powiedzieć jak było naprawdę.
- Interesy mi nie idą - skłamałam.
- Może nie znam cię za długo ale wiem, że nie jesteś typem osoby, która przejmowałaby się aż tak bardzo interesami.- A jeśli te interesy dotyczą życia i śmierci? zadałam pytanie w myślach - I z tego co rozumiem zostaniesz dłużej?
- Na razie nigdzie się nie wybieram więc możesz zabrać mnie na spacer - zachęcająco się uśmiechnęłam, Sebastian już cały w skowronkach porwał mnie za rękę i prowadził w stronę ogrodu.
***
Nazajutrz bez pukania weszłam do domu Daniela. Z Mattem siedział na kanapie i oglądali TV.
- Jak tam nasz więzień? Będę mogła rozważyć wyjście za dobre sprawowanie? - zażartowałam, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Oglądaliśmy przez chwilę program o gotowaniu (!?) kiedy oznajmiłam:
- Pora na widzenie.
Weszłam do pokoju, w którym był szanowny Pan Lewis. Dość dobrze wyglądał, jak widać chłopaki go napoili i nakarmili.
- Jak morale mojej drużyny dobra? - zawołałam z udawaną radością. Nic nie odpowiedział więc kontynuowałam. - Idziesz na współprace? Przecież widzę, że masz dość. Wy ludzie jesteście strasznymi mięczakami - kpiłam. Czarownicy i czarownice, choć kobiet jest mniej są ludźmi. Mają zdolności ale ich ciało jest takie samo jak każdego innego człowieka. Może ciut bardziej odporniejsze.
- Jellal, pomóż mi, a dam ci spokój - mówiłam już całkiem poważnie.
- Nathalie - zaczął jak gdyby miał się zgodzić - nie - powiedział ostro. Wymierzyłam mu siarczysty policzek. Na wszelki wypadek dwa, tak dla zasady.
- Nie będę się z tobą bawić w kotka i myszkę! Masz czas do jutra! Radzę ci lepiej dobrze się zastanów - rzuciłam na odchodne. Wściekła wyleciałam na chodnik. Miałam dość tej niepewności. Zapaliłam 3 papierosy. Uspokoiłam się, wsiadłam do Bentleya i gdybym mogła rozpłakałabym się. Przed oczyma miałam tę piękną, bladą, uśmiechniętą twarz z martwymi źrenicami. Ten straszny widok zastąpił miły głos w mojej głowie, mówiący 'Nathalie, nie możesz wiecznie się na mnie obrażać za to, że mówię prawdę jesteś małą, rozpieszczoną dziewczynką ale za to jaką uroczą' i ten śmiech, dużo bym dała aby znów go usłyszeć... Uderzyłam trzy razy pięściami w kierownicę, gówno pomogło. Z piskiem opon ruszyłam dalej.
Nadal zdenerwowana wysiadłam z samochodu przed willa. Biegiem poszłam do swojej sypialni i nie wychodząc przez 24 h wpatrywałam się w biały sufit.
***
Jestem już w drodze po odpowiedź nurtującego mnie pytania od dłuższego czasu: Czy mi pomożesz? Jellal to twardy gość ale mam nadzieję, że się opamięta. Wypaliłam już 3 paczki fajek i serio chyba będzie tak jak Adrian napisał, umrę na raka płuc i to mnie będą musieli wskrzeszać. Chyba, że nikt nie zatęskni za sarkastycznymi uwagami. Zaśmiałam się złowieszczo do siebie i przez moją nie uwagę prawie spowodowałam wypadek. No pięknie, mało by brakowało, a miałabym kolejne osoby na sumieniu.
Bez witania się z Danem i Mattem wskoczyłam do pokoju, który robił za celę. Od razu napotkałam zimne i pewne siebie spojrzenie Jellal'a. Znałam odpowiedź. Szkoda, że tak zadecydował, mogliśmy się dogadać.
- Jesteś pewien, że się nie zgadzasz?
- Nie zrobię tego, bo nie mam w zwyczaju pomagać wampirom, w dodatku tym po drugiej stronie. - Nie wiem kto w tej historii jest zły, a kto nie. Dużo słyszałam o tym czarowniku i ma pokaźną sumkę złych uczynków na koncie.
- Zapytam jeszcze raz, jesteś pewien? - Byłam całkiem poważna. Najgorsze było to, że sie nie bał, do czasu.
- Jestem pewien. - I tu wyczułam już nutkę zwątpienia. Pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę.
- Pomożesz mi? - Mój ton był wręcz błagalny.
- Nie. - Próbował być bardzo stanowczy, starał się to widać ale nie wyszło mu.
- Nie? Miło było cię poznać, Jellal. - Wraz z wypowiadanym imieniem rzuciłam w niego kołkiem. Narzędzie zbrodni przebiło jego pierś, krew rozbryznęła się po pokoju. Wydał z siebie ostatni jęk i to był koniec. Westchnęłam, zaciągnęłam się słodkim zapachem krwi i powiedziałam do zwłok.
- Może kiedyś... jakaś dobra duszyczka zapragnie abyś wrócił do żywych i jestem pewna, że odwdzięczysz się kołkiem - nie mówiłam tego z żalem tylko dlatego, że teraz nie mam pojęcia kto może mi pomóc. Naprawdę jest mi go szkoda. Był odważny. I tak jak ja zbyt pewny siebie i uparty. Może w innych okolicznościach zaprzyjaźnilibyśmy się? Może przesadziłam z tą przyjaźnią ale może nie darzylibyśmy siebie taką nienawiścią? Jednego jestem pewna jeśli spotkamy się ponownie nie ma szans na jaką kolwiek znajomość. Już nie.
***
Zrezygnowana wróciłam do willi. Odświeżyłam się, spakowałam swoje rzeczy. I udałam się do biblioteki, gdzie siedział Sebastian. Ostatnio przez to całe zamieszanie nie było okazji pogadać, mijaliśmy się tylko w salonie. Ja nie miałam ochoty nic wyjaśniać i szczerze nie miałam do tego głowy, a on, jak sądzę nie chciał się wtrącać i stwierdził, że jak będę chciała pogadać to sama się zgłoszę.
- Hej! - uśmiechnęłam się najbardziej życzliwie jak mogłam.
- Dawno się nie widzieliśmy. - Odłożył książkę i spojrzał na mnie z uczuciem.
- Właściwie to chciałam się pożegnać - oznajmiłam chłodno. - Nie mam tu już czego szukać..
- Twoje interesy muszą być naprawdę ważne... Gdzie zamierzasz teraz jechać?
- Nie wiem - opadłam z westchnieniem na fotel. - Gdzie kolwiek. Wszędzie będzie mi źle... - Nie chciałam tego mówić, a już na pewno on nie powinien tego słyszeć.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi? Dlaczego od kilku dni jesteś nieobecna? Jakie prowadzisz interes? Wydaje mi się, że to bardzo poważna sprawa. - Nie powiem siłę perswazji to on ma. Spojrzał na mnie ostrym wzrokiem ale nie wściekłym.
Głośno wciągnęłam powietrze. I bum! Stało się mój wewnętrzny granat wybuchł! Ja wybuchłam. W sekundę w głowie miałam tylko jedną myśl 'MUSISZ KOMUŚ POWIEDZIEĆ'.
- Przyjechałam do Paryża z zamiarem odszukania jednego czarownika, Jellal'a Lewis'a - krzyczałam i już nie obchodziło mnie czy cały świat to usłyszy. Nie obchodziło mnie, że mój krzyk był tak głośny, że mógł by dotrzeć nawet do piekła. - Ale on nie chciał mi pomóc i nie wiem co teraz zrobię! Wszystko mi się wali! - Banalny tekst ale trafny w tej sytuacji. Zrobiłam wydech i opuściłam głowę, chyba ze wstydu.
- Nathalie - Sebastian powiedział czule - nie wiem dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałaś. Nie bądź taką indywidualistką. Znam kogoś kto może ci pomóc - podszedł do mnie i pogłaskał mnie po plecach. Uklęknął obok fotela i patrzył mi w oczy. Czyli jest jakaś nadzieja! Odżyłam. - Mam przyjaciela, który jest czarownikiem co prawda mieszka w Japonii ale bez problemu jutro możemy do niego polecieć. - Byłam już wniebowzięta, Sebastian widząc moją radość, uśmiechał się zadowolony z siebie. - A teraz powiedz mi o co chodzi. Może nie będzie potrzebna fachowa pomoc? - I tu zaczynają się schody. Mina mi zrzedła. Nic nie odpowiadałam. Mój rozmówca zauważył stan w jakim się znajduję i zapytał:
- Nath, o co chodzi? - Był ostrożny i już wiedział, że to nie jest wcale taka łatwa sprawa jak mu się wydawało. - Hej! Powiesz w końcu?
Mam nadzieję, że nie pożałuję, że ci zaufałam.
- Chcę kogoś wskrzesić. - Taaak, powiedziałam to, a on zareagował tak samo jak Jellal. Może nie do końca, bo Sebka zamurowało ale nie wybuchnął śmiechem. W końcu dał jakiś znak, że żyje - zamrugał.
- Kogo?
----------------
* Monsieur - pan
** Kto oglądał lub czytał Harr'ego Potter ten wie o co chodzi :D
----------------
Może jakieś pomysły kogo chce wskrzesić Nathalie? I jak sądzicie Nath jest jednak zła czy może dobra? Ciekawią mnie wasze opinie :)
Taśka
P.S Ja jestem zachwycona rozdziałam Taśki.! ;p A wy.?
Komentujcie.!
Pozdrawiam ;) Ruda Weasley ;*
środa, 28 sierpnia 2013
KONKURS!
Uwaga!
Chciałabym ogłosić konkurs na najlepsze opowiadanie o tematyce
Zmierzchu lub Harr'ego Pottera
- jeśli są tu jego fani :)
Nagrodą główną jest gościnne wystąpienie waszej wymyślonej postaci w jednym z rozdziałów i opublikowanie Waszego opowiadania na moim blogu.
Długość opowiadania jest dowolna.
Wasze prace, proszę przesyłać na adres meilowy bloga: zmierzch.mojahistoria@wp.pl.
Opowiadania proszę przesyłać do 12 września rozstrzygnięcie konkursu odbędzie się w 14 września
Komunikat pojawi się o godzinie 12:00 :)
Chciałabym wiedzieć ilu z was chciałoby wziąć w tym udział, więc chętnych proszę o zgłoszenie się w komentarzach.
Życzę wam powodzenia i "Weny w pisaniu" :)
Pozdrawiam :)
Ruda Weasley ;* (Alice Cullen)
37. Rodzina jest najważniejsza
Dni szybko mijały.
Od imprezy minęło już siedem dni. W zamku nie został już nikt z przybyłych gości prócz Cullenów. Wszyscy ogromnie się ucieszyli, kiedy dowiedzieli się, że znów jestem z Edwardem. On bardzo nalegał bym wróciła z nim do Forks. Sama nie wiem. Przyzwyczaiłam się już do mieszkania w tym zamku. Będzie mi brakować moich przyjaciół...Heidi, Jane, Aleca i innych. Z drugiej strony jednak wiem, że jeśli ja nie wrócę to Edward będzie chciał ze mną zostać, a jeśli on zostanie to z nim jego rodzina, a wtedy Aro będzie w niebo wzięty. Nie mogę mu tego zrobić, nie chcę by zmarnował tu sobie życie, a przecież z nim nie zerwę. To byłby dla niego potworny cios. Moja rodzina pewnie by się cieszyła z tego, że chciałabym wrócić do domu, ale znając ich byliby niezadowoleni z kolejnej przeprowadzki. Serena i James jeszcze nie wrócili z miesiąca miodowego, chciałabym najpierw poznać ich zdanie na ten temat, zobaczyć jak na to zareagują. Edward ciągle się pyta czy rozmawiałam z rodzeństwem o powrocie, jednak wciąż go zbywam i mówię, że jeszcze nie odpowiedzieli lub, że się zastanawiają. Gorzej będzie, jeśli to on się ich zapyta. Wtedy wyjdzie na jaw moje kłamstwo i będzie nie fajnie. Nie wiem jak to rozegrać. Jestem rozdarta między rodziną, a chłopakiem. Co za głupota. Muszę pogadać z mamą, zrobię to nawet dzisiaj wieczorem, przez video-chat.
Siedzę na dachu, jednej z wieży Zamku i po prostu rozmyślam.
O przeszłości
Teraźniejszości
I Przyszłości.
Rozmyślam o moim dawnym życiu. Nie pamiętam kto mnie przemienił, wiem jedynie, że była to kobieta. Nie wiem po co to zrobiła, ale szczerze mówiąc to cieszę się z tego powodu. Gdyby nie to, to teraz nie miałabym tak wspaniałej i kochającej rodziny. To jest chyba jedyna dobra rzecz jaka wynikła z mojej przemiany....
Moje rozmyślenia przerywa lekki podmuch wiatru. Wiem, że ktoś za mną stoi.
- Więc tu mi uciekłaś- powiedział ciepły baryton. Zaraz potem obok mnie usiadł Edward- O czym tak rozmyślasz?- zapytał po krótkiej chwili.
- A, o wszystkim i o niczym- odpowiedziałam otwierając oczy i przekręcając głowę w jego stronę. Uśmiecha się do mnie. Odpowiadam mu tym samym. Ponownie zamykam oczy i rozkoszuję się ciepłymi promieniami słońca. Zapada cisza.
- Nie pytałaś się rodzeństwa- przerywa mój błogi stan, kpiący głos Edwarda. Szybko otwieram oczy i patrzę na niego z przerażoną miną. Na ustach widnieje, jego firmowy łobuzerski uśmieszek. Cholera. Jak się z tego wyplątać, tak żeby się jeszcze bardziej nie zaplątać. Prawda? Prawda jest dla tchórzy...Cóż musi być ten pierwszy raz. Trzeba stchórzyć.
- Skąd wiesz?- pytam.jego uśmiech staję się jeszcze większy. Nie wiem o co może mu chodzić.
- Nie wiedziałem- odpowiada- Teraz już wiem- Ups...wpadka. Rudy mnie podszedł. Sprytny jest, przechytrzył mnie- Czemu mnie okłamałaś?- zapytał już poważnie- Nie chcesz wrócić z Nami do domu? Do prawdziwego domu?- Cholera. I co mu odpowiedzieć. Chyba chce mnie wpędzić w poczucie winy.
- To jest trudne. Niedawno poprosiłam moją rodzinę o przeniesienie tutaj. Myślisz, że będzie im łatwo?- zapytałam. Patrzyła na mnie z poważną miną , lecz w jego oczach dostrzegłam lekkie rozbawienie- Uważasz, że to zabawne?-zapytałam unosząc jedną brew do góry.
- Nie, oczywiście, że nie- zaoponował. Patrzyliśmy sobie w oczy. W końcu nie wytrzymał i zaczął się śmieć. Trochę mnie to uraziło, że śmieje się z mojej wypowiedzi. Odwróciłam się od niego, w geście obrażenia się. Jednak nie trwało to zbyt długo, ponieważ po paru minutach objęły mnie silne ramiona Edwarda- Przepraszam jeśli Cie uraziłem- zaczął, mocno mnie do siebie przytulając- Nie bądź na mnie zła. Chcę tylko wiedzieć dlaczego nie chcesz wrócić.
- Nie to, że ja nie chce wrócić. Chce, ale...Nie wiem co na to moja rodzina. Im się tu podoba, a jeśli ja będę chciała wrócić, a oni nie...Ja ich tu nie zostawię- szepnęłam. Edward przytulił mnie jeszcze mocniej.
- To twoja rodzina. Na pewno Cię zrozumieją i nie zostawią- powiedział i pocałował mnie we włosy. Może i on ma racje. To w końcu moja rodzina, powinni mnie wspierać i być ze mną w trudnych dla mnie chwilach.
- Masz racje- powiedziałam pewnie- To moja rodzina, powinni mnie zrozumieć. Porozmawiam z nimi dzisiaj wieczorem- spojrzałam na niego- Obiecuje- przysięgłam i pocałowałam go. Przysunął się go mnie jeszcze bliżej pogłębiając pocałunek. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a palce wplątałam w jego miedziane włosy.
Po pewnym czasie który wydawał się dla mnie wiecznością, oderwałam się od Edwarda, na co on zaprotestował cichym jękiem. Przytuliłam się do jego torsu, chłonąc jego ciepło, bliskość i miłość.
- Tak się cieszę, że Cię mam- szepnął
- Tak. Ja też- odpowiedziałam.
***
Wieczorem (ok godziny 10pm)
Po przyjemnie spędzonym popołudniu i obiedzie składającym się z trzech mężczyzn, cierpliwie czekałam, aż nadejdzie godzina rozmowy z rodzicami.
Po chwili do mojego pokoju wpadli: Chad, Ksawery, Olivia i Destiny.
- Czy nasi kochani rodziciele się już odezwali?- zapytał i zwalił się na moje łóżko, aż te zaskrzypiało
- Nie, jeszcze nie, ale lada chwila powinni się odezwać- powiedziałam. wzięłam laptopa, postawiłam go na stoliku, a sama usiadłam na kanapie. Zaraz dołączyli do mnie pozostali. W tym czasie kiedy czekaliśmy na rozmowę, ja zastanawiałam się jak mam sprawnie przejść na temat powrotu do domu.
- A ty na czym tak myślisz?- zapytał trącając mnie Ksawery. Kiedy podniosłam na niego wzrok, zobaczyłam, że na ustach zakwita mu piękny uśmiech.
-A tak jakoś się zamyśliłam- uśmiechnęłam się.
- Patrzcie! Dzwonią!- pisnęła Olivia- Odbierzcie!- wcisnęłam odpowiedni klawisz i naszym oczom ukazały się roześmiane twarze Jamesa i Sereny.
-Cześć- powiedzieliśmy chórem.
- Witajcie- odpowiedzieli- Co u was?- zapytała Serena
- U nas nudna monotonia.- odpowiedział Ksawery- Olivia dalej szaleje za zakupami, Destiny jest spokojna, Bella zakochana, ja przystojny, a Chad to przygłup- zakończył ze śmiechem swoją wyliczankę.
- Hej!- krzyknął Chad i zepchnął Ksawerego z kanapy. Ksawery był jednak na coś takiego przygotowany i pociągną Chada za sobą. Zaczęła się braterska walka.
- Cóż, skoro chłopcy się bawią, my możemy pogadać- zaczęła Olivia- Jak tam w Paryżu!- pisnęła i zaczęła podskakiwać jak mała dziewczynka.
- Och, tu jest cudowne- zachwyciła się Serena- Nikt nigdy nie zrobił nam takiej niespodzianki jak wy.
- Dalej nie mogę skumać jak wam się udało to wszystko wykombinować za naszymi plecami- zaśmiał się James.
- To wrodzony talent- zaśmiała się Olivia.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o wszystkim i o niczym. Kiedy chłopaki skończyli się tłuc dołączyli do nas śmiejąc się wesoło. Dobra teraz, albo nigdy. Muszę im to powiedzieć. Wzięłam głęboki oddech.
- Chciałam wam coś powiedzieć.
- Jesteś w ciąży!- wypalił Chad. Wszyscy spojrzeli na niego jak na idiotę- którym z resztą jest.
- Kiedy tylko otworzysz usta głupota wyskakuje- stwierdziła Destiny. Chad usiadł z naburmuszoną miną i nie odzywał się już.
- Co chciałaś nam powiedzieć?- dociekała Serena.
- Tak właściwie, jest to bardziej pytanie- zaczęłam niepewnie. Wzięłam głęboki oddech- Chciałabym wrócić do domu.
- Nareszcie!- westchnął Chad i opadł na oparcie kanapy. Wszyscy patrzyli utkwili swój wzrok we mnie, czułam się bardzo niezręcznie. Chciałam uciec gdzieś wzrokiem, lecz było to bardzo trudne.
- Jesteś tego pewna?- zapytała Serena- Na prawdę chcesz wrócić?
- Tak- odpowiedziałam pewnie.
- Więc my nie mamy nic przeciwko- uśmiechnął się James.
- A wy?- zwróciłam się do rodzeństwa- Co wy na to?- popatrzyli na siebie.
- Jesteśmy za- powiedziała Destiny- Już dawno chcieliśmy to zaproponować, ale jakoś tak nie było okazji- uśmiechnęła się.
- Jeśli uda wam się spakować nasze rzeczy i zabierzecie nasze auta, to możecie jechać choćby zaraz, a my z Paryża przyjedziemy prosto do domu- zaproponował James
- Tylko musicie najpierw porozmawiać z Arem- dodała Serena. Cóż, to już jest mniej fajne. Będzie chciał nas zatrzymać.
- Z naszym kochanym wujaszkiem musi pogadać Isa, bo to ją wujaszek lubi najbardziej- zaśmiał się Chad.
- Racja. To Bella powinna z nim pogadać- przytaknęła Destiny.
- Super. Czyli to ja muszę się z nim rozmówić?- zapytałam
- Na to wygląda- zaśmiała się Serena- Oj, kochanie nie martw się, ciebie posłucha. Zaufaj mi- puściła mi oczko.
- Wiecie, my już będziemy kończyć, idziemy na romantyczną kolacje- uśmiechną się James i czule pocałował Serenę. Chłopaki zaczęli jęczeć i zasłaniać sobie oczy.
- Moglibyście się chociaż rozłączyć- powiedział Chad.
- Bądźcie grzeczni- powiedzieli równo
- Jak zawsze- odpowiedzieliśmy chórem
- Kochamy Was
- My was też- powiedzieliśmy chórem i rozłączyliśmy się
- Coś mi się zdaje, że na kolacji się na skończy- stwierdził ze śmiechem Chad.
- To co? Kiedy wracamy?- zapytała Olivia. Zamyśliłam się na chwilkę
- Myślę, że dziś się upijemy- powiedziałam wypychając dwie skrzynki Burbona spod łóżka- A jutro pogadam z wujaszkiem- uśmiechnęłam się.
- I to jest bardzo dobry pomysł- zaśmiał się Ksawery. Podszedł do jednej ze skrzynek i wyjął dwie butelki, jedną podał Chadowi i zaczęli pić. Chłopaki bardzo entuzjastycznie potraktowali mój pomysł. Dziewczyny nie za bardzo chciały pić, ale kiedy rzuciłam mi po butelce, uśmiechnęły się i zaczęły pić razem z nami.
- Dawno nie spędziliśmy razem takiego wieczoru- zauważyła Dess- Brakowało mi tego- powiedziała i pociągnęła spory łuk z butelki.
- Taak...Musimy to koniecznie jeszcze, kiedyś powtórzyć-stwierdziła Olivia- Tylko my. Żeby nikt nam nie przeszkadzał.
Leżeliśmy wszyscy na moim łóżku. Po podłodze walają się puste butelki, a my dalej leżymy. tego mi właśnie brakowało. Już dawno nie spędzaliśmy razem czasu. Każdy był pochłonięty swoimi sprawami i nie mieliśmy dla siebie czasu. Postanowiliśmy, że teraz będzie inaczej, będziemy się starać spędzać, ze sobą tyle czasu ile się tylko da.
Całą noc spędziliśmy rozmawiając i wspominając dawne czasy. Było dużo śmiechu i zabawy. Kocham tych wariatów i oddałabym za każdego z nich życie, podobnie oni zrobili by to dla mnie. Kocham ich, a już za parę godzin pójdę do Ara i powiem, że wracamy do domu... Do prawdziwego domu.
Z moją rodziną.
Bo rodzina jest najważniejsza.
--------------------------------------------------
Jak podoba się rozdział?
Przepraszam, że rozdział pojawia się tak późno.
Miał się pojawić w weekend, ale moim rodzicom wyskoczyło wesele, a ja i moja kuzynka zostałyśmy wrobione w pilnowanie naszego kuzyna. Nie było, źle, muszę przyznać, że było nawet fajne, a nawet bardzo :) Jedyny minus to to, że nie miałam okazji dokończyć rozdziału :(
Jak tak końcówka wakacji? Tęsknie za szkołą, ale jeszcze nie mam ochoty tam wracać...a jak jest z wami?
Pozdrawiam ;) Życzę udanych ostatnich dni wakacji- Ruda Weasley ;*
P.S Min. 15 komentarzy i zaczynam pisać NN :) Przykro mi takie są wymogi ;*
Od imprezy minęło już siedem dni. W zamku nie został już nikt z przybyłych gości prócz Cullenów. Wszyscy ogromnie się ucieszyli, kiedy dowiedzieli się, że znów jestem z Edwardem. On bardzo nalegał bym wróciła z nim do Forks. Sama nie wiem. Przyzwyczaiłam się już do mieszkania w tym zamku. Będzie mi brakować moich przyjaciół...Heidi, Jane, Aleca i innych. Z drugiej strony jednak wiem, że jeśli ja nie wrócę to Edward będzie chciał ze mną zostać, a jeśli on zostanie to z nim jego rodzina, a wtedy Aro będzie w niebo wzięty. Nie mogę mu tego zrobić, nie chcę by zmarnował tu sobie życie, a przecież z nim nie zerwę. To byłby dla niego potworny cios. Moja rodzina pewnie by się cieszyła z tego, że chciałabym wrócić do domu, ale znając ich byliby niezadowoleni z kolejnej przeprowadzki. Serena i James jeszcze nie wrócili z miesiąca miodowego, chciałabym najpierw poznać ich zdanie na ten temat, zobaczyć jak na to zareagują. Edward ciągle się pyta czy rozmawiałam z rodzeństwem o powrocie, jednak wciąż go zbywam i mówię, że jeszcze nie odpowiedzieli lub, że się zastanawiają. Gorzej będzie, jeśli to on się ich zapyta. Wtedy wyjdzie na jaw moje kłamstwo i będzie nie fajnie. Nie wiem jak to rozegrać. Jestem rozdarta między rodziną, a chłopakiem. Co za głupota. Muszę pogadać z mamą, zrobię to nawet dzisiaj wieczorem, przez video-chat.
Siedzę na dachu, jednej z wieży Zamku i po prostu rozmyślam.
O przeszłości
Teraźniejszości
I Przyszłości.
Rozmyślam o moim dawnym życiu. Nie pamiętam kto mnie przemienił, wiem jedynie, że była to kobieta. Nie wiem po co to zrobiła, ale szczerze mówiąc to cieszę się z tego powodu. Gdyby nie to, to teraz nie miałabym tak wspaniałej i kochającej rodziny. To jest chyba jedyna dobra rzecz jaka wynikła z mojej przemiany....
Moje rozmyślenia przerywa lekki podmuch wiatru. Wiem, że ktoś za mną stoi.
- Więc tu mi uciekłaś- powiedział ciepły baryton. Zaraz potem obok mnie usiadł Edward- O czym tak rozmyślasz?- zapytał po krótkiej chwili.
- A, o wszystkim i o niczym- odpowiedziałam otwierając oczy i przekręcając głowę w jego stronę. Uśmiecha się do mnie. Odpowiadam mu tym samym. Ponownie zamykam oczy i rozkoszuję się ciepłymi promieniami słońca. Zapada cisza.
- Nie pytałaś się rodzeństwa- przerywa mój błogi stan, kpiący głos Edwarda. Szybko otwieram oczy i patrzę na niego z przerażoną miną. Na ustach widnieje, jego firmowy łobuzerski uśmieszek. Cholera. Jak się z tego wyplątać, tak żeby się jeszcze bardziej nie zaplątać. Prawda? Prawda jest dla tchórzy...Cóż musi być ten pierwszy raz. Trzeba stchórzyć.
- Skąd wiesz?- pytam.jego uśmiech staję się jeszcze większy. Nie wiem o co może mu chodzić.
- Nie wiedziałem- odpowiada- Teraz już wiem- Ups...wpadka. Rudy mnie podszedł. Sprytny jest, przechytrzył mnie- Czemu mnie okłamałaś?- zapytał już poważnie- Nie chcesz wrócić z Nami do domu? Do prawdziwego domu?- Cholera. I co mu odpowiedzieć. Chyba chce mnie wpędzić w poczucie winy.
- To jest trudne. Niedawno poprosiłam moją rodzinę o przeniesienie tutaj. Myślisz, że będzie im łatwo?- zapytałam. Patrzyła na mnie z poważną miną , lecz w jego oczach dostrzegłam lekkie rozbawienie- Uważasz, że to zabawne?-zapytałam unosząc jedną brew do góry.
- Nie, oczywiście, że nie- zaoponował. Patrzyliśmy sobie w oczy. W końcu nie wytrzymał i zaczął się śmieć. Trochę mnie to uraziło, że śmieje się z mojej wypowiedzi. Odwróciłam się od niego, w geście obrażenia się. Jednak nie trwało to zbyt długo, ponieważ po paru minutach objęły mnie silne ramiona Edwarda- Przepraszam jeśli Cie uraziłem- zaczął, mocno mnie do siebie przytulając- Nie bądź na mnie zła. Chcę tylko wiedzieć dlaczego nie chcesz wrócić.
- Nie to, że ja nie chce wrócić. Chce, ale...Nie wiem co na to moja rodzina. Im się tu podoba, a jeśli ja będę chciała wrócić, a oni nie...Ja ich tu nie zostawię- szepnęłam. Edward przytulił mnie jeszcze mocniej.
- To twoja rodzina. Na pewno Cię zrozumieją i nie zostawią- powiedział i pocałował mnie we włosy. Może i on ma racje. To w końcu moja rodzina, powinni mnie wspierać i być ze mną w trudnych dla mnie chwilach.
- Masz racje- powiedziałam pewnie- To moja rodzina, powinni mnie zrozumieć. Porozmawiam z nimi dzisiaj wieczorem- spojrzałam na niego- Obiecuje- przysięgłam i pocałowałam go. Przysunął się go mnie jeszcze bliżej pogłębiając pocałunek. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a palce wplątałam w jego miedziane włosy.
Po pewnym czasie który wydawał się dla mnie wiecznością, oderwałam się od Edwarda, na co on zaprotestował cichym jękiem. Przytuliłam się do jego torsu, chłonąc jego ciepło, bliskość i miłość.
- Tak się cieszę, że Cię mam- szepnął
- Tak. Ja też- odpowiedziałam.
***
Wieczorem (ok godziny 10pm)
Po przyjemnie spędzonym popołudniu i obiedzie składającym się z trzech mężczyzn, cierpliwie czekałam, aż nadejdzie godzina rozmowy z rodzicami.
Po chwili do mojego pokoju wpadli: Chad, Ksawery, Olivia i Destiny.
- Czy nasi kochani rodziciele się już odezwali?- zapytał i zwalił się na moje łóżko, aż te zaskrzypiało
- Nie, jeszcze nie, ale lada chwila powinni się odezwać- powiedziałam. wzięłam laptopa, postawiłam go na stoliku, a sama usiadłam na kanapie. Zaraz dołączyli do mnie pozostali. W tym czasie kiedy czekaliśmy na rozmowę, ja zastanawiałam się jak mam sprawnie przejść na temat powrotu do domu.
- A ty na czym tak myślisz?- zapytał trącając mnie Ksawery. Kiedy podniosłam na niego wzrok, zobaczyłam, że na ustach zakwita mu piękny uśmiech.
-A tak jakoś się zamyśliłam- uśmiechnęłam się.
- Patrzcie! Dzwonią!- pisnęła Olivia- Odbierzcie!- wcisnęłam odpowiedni klawisz i naszym oczom ukazały się roześmiane twarze Jamesa i Sereny.
-Cześć- powiedzieliśmy chórem.
- Witajcie- odpowiedzieli- Co u was?- zapytała Serena
- U nas nudna monotonia.- odpowiedział Ksawery- Olivia dalej szaleje za zakupami, Destiny jest spokojna, Bella zakochana, ja przystojny, a Chad to przygłup- zakończył ze śmiechem swoją wyliczankę.
- Hej!- krzyknął Chad i zepchnął Ksawerego z kanapy. Ksawery był jednak na coś takiego przygotowany i pociągną Chada za sobą. Zaczęła się braterska walka.
- Cóż, skoro chłopcy się bawią, my możemy pogadać- zaczęła Olivia- Jak tam w Paryżu!- pisnęła i zaczęła podskakiwać jak mała dziewczynka.
- Och, tu jest cudowne- zachwyciła się Serena- Nikt nigdy nie zrobił nam takiej niespodzianki jak wy.
- Dalej nie mogę skumać jak wam się udało to wszystko wykombinować za naszymi plecami- zaśmiał się James.
- To wrodzony talent- zaśmiała się Olivia.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę o wszystkim i o niczym. Kiedy chłopaki skończyli się tłuc dołączyli do nas śmiejąc się wesoło. Dobra teraz, albo nigdy. Muszę im to powiedzieć. Wzięłam głęboki oddech.
- Chciałam wam coś powiedzieć.
- Jesteś w ciąży!- wypalił Chad. Wszyscy spojrzeli na niego jak na idiotę- którym z resztą jest.
- Kiedy tylko otworzysz usta głupota wyskakuje- stwierdziła Destiny. Chad usiadł z naburmuszoną miną i nie odzywał się już.
- Co chciałaś nam powiedzieć?- dociekała Serena.
- Tak właściwie, jest to bardziej pytanie- zaczęłam niepewnie. Wzięłam głęboki oddech- Chciałabym wrócić do domu.
- Nareszcie!- westchnął Chad i opadł na oparcie kanapy. Wszyscy patrzyli utkwili swój wzrok we mnie, czułam się bardzo niezręcznie. Chciałam uciec gdzieś wzrokiem, lecz było to bardzo trudne.
- Jesteś tego pewna?- zapytała Serena- Na prawdę chcesz wrócić?
- Tak- odpowiedziałam pewnie.
- Więc my nie mamy nic przeciwko- uśmiechnął się James.
- A wy?- zwróciłam się do rodzeństwa- Co wy na to?- popatrzyli na siebie.
- Jesteśmy za- powiedziała Destiny- Już dawno chcieliśmy to zaproponować, ale jakoś tak nie było okazji- uśmiechnęła się.
- Jeśli uda wam się spakować nasze rzeczy i zabierzecie nasze auta, to możecie jechać choćby zaraz, a my z Paryża przyjedziemy prosto do domu- zaproponował James
- Tylko musicie najpierw porozmawiać z Arem- dodała Serena. Cóż, to już jest mniej fajne. Będzie chciał nas zatrzymać.
- Z naszym kochanym wujaszkiem musi pogadać Isa, bo to ją wujaszek lubi najbardziej- zaśmiał się Chad.
- Racja. To Bella powinna z nim pogadać- przytaknęła Destiny.
- Super. Czyli to ja muszę się z nim rozmówić?- zapytałam
- Na to wygląda- zaśmiała się Serena- Oj, kochanie nie martw się, ciebie posłucha. Zaufaj mi- puściła mi oczko.
- Wiecie, my już będziemy kończyć, idziemy na romantyczną kolacje- uśmiechną się James i czule pocałował Serenę. Chłopaki zaczęli jęczeć i zasłaniać sobie oczy.
- Moglibyście się chociaż rozłączyć- powiedział Chad.
- Bądźcie grzeczni- powiedzieli równo
- Jak zawsze- odpowiedzieliśmy chórem
- Kochamy Was
- My was też- powiedzieliśmy chórem i rozłączyliśmy się
- Coś mi się zdaje, że na kolacji się na skończy- stwierdził ze śmiechem Chad.
- To co? Kiedy wracamy?- zapytała Olivia. Zamyśliłam się na chwilkę
- Myślę, że dziś się upijemy- powiedziałam wypychając dwie skrzynki Burbona spod łóżka- A jutro pogadam z wujaszkiem- uśmiechnęłam się.
- I to jest bardzo dobry pomysł- zaśmiał się Ksawery. Podszedł do jednej ze skrzynek i wyjął dwie butelki, jedną podał Chadowi i zaczęli pić. Chłopaki bardzo entuzjastycznie potraktowali mój pomysł. Dziewczyny nie za bardzo chciały pić, ale kiedy rzuciłam mi po butelce, uśmiechnęły się i zaczęły pić razem z nami.
- Dawno nie spędziliśmy razem takiego wieczoru- zauważyła Dess- Brakowało mi tego- powiedziała i pociągnęła spory łuk z butelki.
- Taak...Musimy to koniecznie jeszcze, kiedyś powtórzyć-stwierdziła Olivia- Tylko my. Żeby nikt nam nie przeszkadzał.
Leżeliśmy wszyscy na moim łóżku. Po podłodze walają się puste butelki, a my dalej leżymy. tego mi właśnie brakowało. Już dawno nie spędzaliśmy razem czasu. Każdy był pochłonięty swoimi sprawami i nie mieliśmy dla siebie czasu. Postanowiliśmy, że teraz będzie inaczej, będziemy się starać spędzać, ze sobą tyle czasu ile się tylko da.
Całą noc spędziliśmy rozmawiając i wspominając dawne czasy. Było dużo śmiechu i zabawy. Kocham tych wariatów i oddałabym za każdego z nich życie, podobnie oni zrobili by to dla mnie. Kocham ich, a już za parę godzin pójdę do Ara i powiem, że wracamy do domu... Do prawdziwego domu.
Z moją rodziną.
Bo rodzina jest najważniejsza.
--------------------------------------------------
Jak podoba się rozdział?
Przepraszam, że rozdział pojawia się tak późno.
Miał się pojawić w weekend, ale moim rodzicom wyskoczyło wesele, a ja i moja kuzynka zostałyśmy wrobione w pilnowanie naszego kuzyna. Nie było, źle, muszę przyznać, że było nawet fajne, a nawet bardzo :) Jedyny minus to to, że nie miałam okazji dokończyć rozdziału :(
Jak tak końcówka wakacji? Tęsknie za szkołą, ale jeszcze nie mam ochoty tam wracać...a jak jest z wami?
Pozdrawiam ;) Życzę udanych ostatnich dni wakacji- Ruda Weasley ;*
P.S Min. 15 komentarzy i zaczynam pisać NN :) Przykro mi takie są wymogi ;*
niedziela, 4 sierpnia 2013
36.Miłość dla każdego czymś innym.
Ja napisałam wszystko oczami Nathalie, a Madzia oczami Belli. Tak
wspólnymi siłami napisałyśmy kolejny rozdział. Miłego czytania :) Taśka i Alice
Z doświadczenia wiem, że rzadko wszystko jest w porządku. Ludzie się zmieniają ( wampiry też). Zawsze nadchodzi pora zmian. Lato zastępuje zima, a wszystko co kochamy zasypie śnieg.
Pora iść do przodu, 'dojrzeć'.
Oczami Nathalie:
Siedzę w komnacie i szykuję się na imprezę. Damon gdzieś wybył, pewnie zobaczę go dopiero pod koniec przyjęcia i to w szampańskim humorze... Przyszła do mnie Jane, dawno się nie widziałyśmy, musimy nadrobić zaległości. Ostatnimi czasy oddaliłyśmy się od siebie ale zawsze będziemy się świetnie dogadywać. To się nie zmieni. Nadajemy na tych samych fala, dwa wredne charakterki.
- Szkoda, że nie jesteś już z moim braciszkiem - powiedziała wyciągając moją sukienkę z szafy. Spojrzałam ku niebu. ''Za jakie grzechy? ''. Wiedziałam, że prędzej czy później zejdziemy na ten temat. Gadałyśmy już o nowych technikach wysysania krwi z ludzi, o butach, plotkowałyśmy o takiej jednej wampirzycy. Nienawidzimy dziewuchy. Właściwie jest mało osób, które darzymy sympatią. Jane najbardziej kocha Alec'a, więc jako jego siostrzyczka musiała się pożalić jaki to on nie jest biedny i zrozpaczony po naszym rozstaniu, już nawet nie będę wspominać o powodzie rozłąki.... Ach, serce mi krwawi jak o tym myślę...
- Szkoda to tego, że w ziemię nie trafił jakiś wielki meteoryt, nie rozdzielił ziemi na dwie części i ja z Alec'em znaleźliśmy się na innych połowach. - Niestety ta perspektywa jest mało prawdopodobna.
- Zakładaj, - mówiąc to przyłożyła do mojego ciała suknię - musisz pięknie wyglądać, Alec oniemieje z zachwytu.
- Czy ty kobieto słyszysz co się do ciebie mówi!? - krzyknęłam.
- Mhmm - mruknęła w ogóle nie zainteresowana, wciąż przykładając mój strój.
- Może zapytam tak, uwaga pytanie za 100 punktów; z kim mieszkam w tej komnacie? Kto jest moją osobą towarzyszącą? Podpowiedź: chodzi o tę samą osobę.
- Damon - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- Brawo! Tak, chodzi o mojego narzeczonego. - klasnęłam w dłonie i udawałam niesamowicie radosną. - A teraz nasza mała Jane za poprawną odpowiedź dostanie cukiereczka. - Pogłaskałam ją po głowie. I tym incydentem postanowiłam zakończyć tę miło, konwersację o Alec'u. Nie mam ochoty o nim rozmawiać, najchętniej wymazałabym z pamięci nasze ostatnie spotkanie.
Podała mi sukienkę i rzuciła szybkie:
- Widzimy się na dole. - I już jej nie było.
***
Oczami Belli
Właśnie siedzimy w komnacie Heidi i dokonujemy ostatnich poprawek w naszych strojach. Olivia kończy makijaż Sereny, a Heidi jej fryzurę. Wszystko pięknie się razem komponowało, a po Serenie było widać, że jest naprawdę szczęśliwa. Patrzyłam jak emanuje od niej to szczęście i radość, zachodziłam w głowę czy i mi się kiedyś tak poszczęści i czy poznam tego jedynego, z którym będę chciała pozostać na całe życie
Ale ty już kogoś takiego poznałaś- podpowiedział mi głosik w mojej głowie- I znajduję się w pokoju gościnnym.
Może i ten głosik ma racje. Może Edward to ten jedyny, z którym jest mi pisane spędzić całe moje wampirze życie? Poczułam lekkie szturchnięcie w ramię
- Już czas- powiedziała Destiny. Szybko wstałam i poprawiłam sukienkę.- Jak tylko zobaczysz nas w drzwiach zacznij grać- uśmiechnęła się. Szybko wyszłam z komnaty i udałam się w stronę pięknie ubranego ogrodu.
Na zewnątrz zebrali się już wszyscy. Szybko przeszłam bokiem na podest dla muzyków i wzięłam do rąk moje skrzypce (Olivia prosiła mnie bardzo bym na wejście zagrała Ave Maria na skrzypcach, miałam do nauki tylko 2h, ale i tak mi się udało). Udawałam, że je stroję, jednak patrzyłam na wszystkich zebranych. w pierwszym rzędzie siedzieli: Aro, Marek i Kajusz wraz ze swoimi żonami. Dalej było miejsce dla najbliższych przyjaciół (Nathalie, Damona, Eleny, Stefana, Jane, Heidi i Aleca). Dalej siedzieli Cullenowie. Przyglądali mi się z wyraźną uwagą, a w szczególności jeden z nich. Nie zwracałam na to uwagi, dopóki obok niego nie usiadła ta tleniona blondyna. Kiedy to zobaczyłam, o mało nie złamałam smyczka. Zauważyła to Rosalie, uśmiechnęła się pod nosem. A myślała, że tego nie zauważyłam.
Po chwili przyszedł pastor, a za nim przyszedł James z Chadem i Ksawerym. Przywitali się z pastorem i ze mną. James był wyraźnie zdenerwowany, a chłopaki mieli z niego niezłą polwekę.
- Nie bój się tatuśku- zaczął Chad- Jeśli Serena będzie chciała zwiać to ją powstrzymamy- zaśmiał się.
- Nie załamuj mnie- powiedział James przecierając czoło.
- Nie słuchaj głupot, gadanych przez głupiego- poklepałam go po ramieniu. Głośno przełknął jad. Po chwili goście wstali.- Już czas- powiedziałam i pchnęłam go na jego miejsce. Wszyscy odwrócili głowy w stronę drzwi, a ja zaczęłam grać "Ave Maria". Serena powoli szła w stronę ołtarza, przed nią szły Olivia i Destiny. Serena i James ciągle patrzyli sobie w oczy. Ja też ciągle czułam na sobie czyiś wzrok. Nie miałam zamiaru patrzeć kto to, bo i tak wiedziałam kto to. Kiedy Serena stanęła na ślubnym kobiercu, moja muzyka ucichła, siostry zajęły miejsce obok mnie, a goście usiedli zaczęła się ceremonia.
***
Oczami Nathalie
Impreza rozkręca się w najlepsze. Wszyscy się rozluźnili i pozostawili daleko w tyle drętwą atmosferę. Postanowiłam się rozejrzeć. 'Para młoda' tańcząc czule się przytulała. Cullenowie kręcili się gdzieś z boku, Alec popijał krew z kieliszka i obserwował mnie, nie musiałam tego widzieć, czułam jego spojrzenie na plecach; Aro dyskutował o czymś mało interesującym z .... Tomem Nixtonem? A może to był Tobiasz Nilson? Nieważne, oczywiście nigdzie nie było Damona. Chyba będę musiała poszukać jakiegoś miłego kawalera, który wcieli się w rolę tancerza.
Nagle podchodzi do mnie mężczyzna średniego wzrostu, z blond włosami, owiany zapachem drogiej, mocnej wody kolońskiej ( której nie lubiłam ) i zapachem tytoniu. To mogła być tylko jedna osoba.
- Adrian!? - krzyknęłam i zarzuciłam mu ręce na szyję. Przytuliliśmy się, ucałowaliśmy się. Jeszcze raz mu się przyjrzałam i zauważyłam jedną drobną zmianę: inne uczesanie. Reszta nic się nie zmieniła. Może to zabrzmi głupio ale jego znakiem rozpoznawczym jest zapach. Nałogowo pali. Zazwyczaj papierosy, czasem kubańskie cygara, od wieków pachnie tak samo. Czasem przewleka się zapach alkoholu. Spojrzałam jeszcze raz, miał na sobie dobrze dopasowany, granatowy garnitur w drobne prążki. Na prawym, ramieniu miał brokat, a na twarzy szeroki uśmiech. Miło znów go widzieć.
- To co siostrzyczko skoro już mi się przyjrzałaś może zapalimy? - Z kieszeni spodni, wyciągnął do połowy puste opakowanie Lucy Strike. Wyciągnęłam jednego, on również i paliliśmy w milczeniu.
- Skoro już palimy to dobrze byłoby się napić. - Podeszliśmy do stolika z krwią ludzką.- To co zawsze? - Kiwnęłam tylko głową na potwierdzenie tego, że życzę sobie 0 Rh-. Stuknęliśmy się kieliszkami i zaczęło się. Oboje zaczęliśmy opowiadać sobie co się działo w naszych życiach kiedy przez dłuższy czas nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Ostatnio kiedy widziałam mojego brata pokłóciliśmy się. Jakoś żadne z nas nie wychyliło się, żeby zawiesić broń, do dziś.
Adrian mieszka w naszej posiadłości w Walii tam prowadzi rozpustne życie. Zero zmian. Kiedy doszłam do momentu, w którym należało powiedzieć bratu o zaręczynach, zareagował jak większość osób, które mnie dobrze znają, zdziwił się ale szybko się otrząsnął, objął mnie ramieniem i powiedział:
- No nigdy bym się nie spodziewał, że tak będziesz spieszyć się do zamążpójścia. - Obdarzył mnie uśmiechem.
- Ja się spieszę? Ja mam 237 lat.
- Całkiem sporo, ciekawe kto chce taka staruszkę. - Nabijał się ze mnie. Za kare dałam mu kuksańca w ramie. - Tak serio, kto jest tym szczęściarzem?
- Poznasz go. Właściwie szukałam mego narzeczonego ale się zagadaliśmy. Pogadamy później. - Odeszłam, a za sobą zostawiłam Adrian, który już flirtował z jakąś panna. Przewróciłam oczami i pomyślałam ''cały Adrian''.
***
Oczami Belli
Zabawa się zaczęła. Wszyscy bawią się wyśmienicie. Właśnie rozmawiam z Eleną, popijając krew, kiedy podchodzi do mnie reszta mojego rodzeństwa.
- Już czas na naszą niespodziankę- pisnęła Olivia. Pokiwałam głową i dopiłam krew.
- Wybacz na chwilę- uśmiechnęłam się do Eleny.
- Nie ma sprawy- uśmiechnęła się i zniknęła w objęciach Stefana.Olivia ciągnęła nas w stronę sceny.
- Każdy wie co ma robić?- zapytała. Wszyscy przytaknęli. A nasza niespodzianka polegała na tym, że wykonamy ulubioną piosenkę Sereny pt. "All I Need", mają nam w tym pomóc Heidi, Alec i Jane. Kiedy weszliśmy na scenę, cała trójka podeszła do nas. Ja złapałam za skrzypce, Heidi za wiolonczele, Alec za bas, Destiny za pianino, Chad za perkusję, Ksawery za gitarę elektryczną, a Jane za klasyczną. Olivia będzie śpiewać (-,-)
- Hej- zaczęła Olivia, wszyscy momentalnie ucichli i zaczęli patrzeć w naszą stronę- Przepraszam, że przerywam wam w zabawie, ale razem z moim rodzeństwem i przyjaciółmi chciałabym wykonać pewną piosenkę dla naszych rodziców, żeby pokazać im jak wiele dla nas znaczą.- Odwróciła się do nas i dała znak by zacząć.
Later....
Po wykonanej piosence wszyscy zaczęli bić brawo i wiwatować. Serena bardo się wzruszyła i od razu przybiegła nas uściskać. Czułam się wspaniale.
Oczami Nathalie
Moje poszukiwania Damona skończyły się tym, że przetańczyłam chyba z połową gości, wypiłam ponad 20 kieliszków krwi i pokłóciłam się z moimi dawnymi wrogami. W końcu znalazłam Bellę. Dziś widzę ją pierwszy raz, chyba wiem jaki jest powód... Cullenowie, a w szczególności jeden. Nie rozmawiałyśmy na temat tak nagłej przeprowadzki ale wszyscy wiedzą jaki jest powód.
- Hej, piękna! Widziałaś może Damona? Nigdzie nie mogę go znaleźć, zmył się zaraz po naszym przyjeździe. Pewnie już znalazł sobie inna przyszłą żoneczkę - wyszczerzyłam się do niej. Odpowiedziała delikatnym i udawanym uśmiechem. Nie zamierzałam jej pocieszać, raczej chciałam kopnąć ją w dupie i powiedzieć żeby znalazła sobie kogoś z lepszą fryzurą. No dobra... gdybym wyjechała z tekstem o fryzurze na pewno by mnie zamordowała.
- Ej, mała. Wyluzuj. Jest tylu facetów, a ty wciąż myślisz o jakimś dupku. Patrz na mnie - wskazałam na siebie kciukami - mój narzeczony gdzieś zniknął, może hula sobie z jakąś gorącą wampirzycą, a ja dobrze się bawię, tańczę, pije.
- To ciekawe dlaczego go szukasz? - zapytałam zła.
- A kto będzie przynosił mi drinki!? - byłam oburzona.
- Nie wszyscy są tacy jak ty. - Auć- I nie traktują wszystkich jak przedmioty - powiedziała to co myśli. I nie powiem, zabolało. Wzięłam łyka słodkiego drinka i powiedziałam obojętnie:
- Jak chcesz to sobie tu siedź i użalaj się nad sobą. Ja spadam. - Myślę, że żadna z nas nie miała ochoty na rozmowę, a już na pewno nie w takiej atmosferze. Postanowiłam, że misję pod kryptonimem 'Pocieszanie biednej, Belluni zostawię komuś kto bardziej się na tym zna. Serena najbardziej się do tego nadaje. Destiny też może być, tylko błagam nie Olivia...
Odwróciłam się i głową uderzyłam w coś twardego, umięśnionego, zimnego i ładnie pachnącego wodą kolońską. A był to męski tors. Zrobiłam krok do tyłu moim oczom ukazał się bardzo wysoki, przystojny mężczyzna, w czarnym, idealnie skrojonym garniturze, na dłoniach miał ciemne, chyba jedwabne rękawiczki. Osobiście uważam, że to przesada ale wyglądają elegancko.
Nieznajomy patrzył na mnie zielonymi oczami, kolor oczu dość rzadko spotykany u naszej rasy. Ładnie się uśmiechał i życzliwie (?). Zawsze uważałam, że facet nie powinien uśmiechać się ładnie i słodko.
Czekałam aż mi ustąpi i chociaż przeprosi, pomijając fakt, że ja na niego wpadłam, ale nic takiego nie nastąpiło. Wściekła po rozmowie z Bellą uniosłam brew. Facet dalej się we mnie wgapiał. Po chwili popatrzył w dal, szybko zamrugał dwa razy, ściągnął rękawiczki, posłał mi jeszcze bardziej rozbrajający uśmiech i łapiąc moją dłoń powiedział:
- Oczywiście. Gdzie moje maniery? - W tej chwili delikatnie musnął moją dłoń, dalej ją trzymając pytał. - Z kim mam przyjemność? - Próbował mnie czarować ale nie ze mną takie numery.
- Za każdym razem - zaczęłam ironicznie - kiedy o tobie pomyślę mój mózg zaleje miód, gdyż jestem niesamowicie uradowana, że rycerskość nie umiera ale śpieszę się. - Chciałam wydostać swoją dłoń z uścisku, z lekkim zawahaniem rozmówca pozwolił mi na to. Posłałam mu przesłodzony uśmiech i odeszłam. Usłyszałam tylko, westchnienie Belli. No tak, potwierdziłam tylko jej słowa.... I męski głos:
- Miło było spotkać tak uroczą damę. - Przewróciłam oczami.
***
Oczami Belli
Po krótkiej i miłej rozmowie z Nathalie, nie miałam już na nic ochoty. Kiedy nerwowym krokiem szłam do stołu z krwią, ktoś złapał mnie i pociągnął na parkiet, a tym kimś był Chad. Oczywiście, a któż by inny zrobiłby to tak brutalnie?
- Czy moja kochana siostrzyczka, myślała, że mi gdzieś zwieje?- zapytał odwracając mnie do siebie i biorąc w ramiona.
- Właśnie cię szukałam- skłamałam szybko. On jednak spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
- Jasne, a Nath jest miła- odparował z sarkazmem. Już nie rozmawialiśmy tylko tańczyliśmy. Potem tańczyłam jeszcze z Ksawerym, Alec'em, Heidi, Olivią, Stefanem, Emmett'em i na końcu z Jamesem.
- Nie wiem jak mam Ci dziękować- zaczął.
- Tato, tylko się nie rozklejaj- szepnęłam- Wampiry patrzą- zaśmiałam się.
- Po prostu jestem wam wdzięczny, za zorganizowanie czegoś tak pięknego- powiedział i mnie przytulił. Czułam się wspaniale. Nie pamiętam kiedy ostatnio to zrobił. Kiedy ta piosenka dobiegała końca zaczęła się piosenka Rihanny "Stay".
- Można prosić?- zapytał ciepły baryton za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Edwarda, z ręką wyciągniętą w moją stronę. James już gdzieś znikną. Nie miałam wyboru.
- Oczywiście- podałam mu dłoń, a on natychmiast mnie do siebie przyciągnął, zamykając mnie w żelaznym uścisku.
- To jest piosenka dla wszystkich zakochanych na tej sali- usłyszałam dwa głosy, tak mi znajome. Odwróciłam się w stronę sceny i zobaczyłam Olivie i Alice. Pomachały do mnie i zeskoczyły ze sceny wprost w ramiona swoich ukochanych. Mnie tym czasem Edward przyciągnął jeszcze bliżej. Tańczyliśmy przez moment, kiedy się odezwał.
- Wybacz mi- wyszeptał w moje włosy. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Bardzo chcę mu wybaczyć, ale boję się tego. Wszyscy tego ode mnie oczekują. Rodzina chce żebym była szczęśliwa i ja też tego chce dla siebie...
- Wszyscy wywierają na mnie presje- westchnęłam
- Co masz na myśli?- zapytał z troską.
- Wiem, że wszyscy chcą, żebym była szczęśliwa- zaczęłam się zwierzać- Prawda jest taka, że to z tobą byłam najszczęśliwszą osobą na świecie- wyznałam to co czułam. Podniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy, zapaliły się w nich ogniki szczęścia. Postanowiłam dalej mówić:- Ale kiedy usłyszałam to co powiedziała ta Tanya...nie wiem co we mnie wstąpiło. Byłam wściekła, że ośmieliła się ciebie tknąć. Ucieczka była moim jedynym wyjściem.- Przytulił mnie jeszcze mocniej.
- Mogłam Cię zatrzymać i wszystko wyjaśnić- Mogłem...- nie dokończył, bo go pocałowałam. Trochę się zdziwił na początku, ale zaraz przyciągnął mój podbródek jeszcze trochę bliżej.
- Czy to znaczy, że wybaczasz?- zapytał z uśmiechem.
- Już dawno ci wybaczyłam- powiedziałam i znów go pocałowałam.
****
Oczami Nathalie:
Odpuściłam sobie szukanie Damona i postanowiłam potańczyć.
Z Ksawerym na moment zawładnęliśmy całym parkietem. Tańczyliśmy pogo, co prawda nie ta okazja ale widok zostanie na długo nie tylko w pamięci wykonawców. Świetnie się przy tym bawiliśmy, naszego optymizmu nie podzielała Olivia, która wyciągnęła Ksawerego za ucho poza parkiet i tylko powtarzała, że jeszcze nigdy się tak nie wstydziła, na mnie również nawrzeszczał. Z chłopakiem żartowaliśmy, że teraz staniemy się legendą i pogo będzie tradycyjnym tańcem wśród Vollturi. Po tych słowach wyobraziliśmy sobie Aro wykonującego wygibasy i wybuchnęliśmy śmiechem. Atmosfera się rozluźniła, pogadaliśmy trochę, pożegnałam się i wyruszyłam na parkiet.
Tańczyłam z Adrianem, który kręcił mną w prawo i lewo. Gdybym była człowiekiem pewnie goście ujrzeliby co zjadłam. Potem przyszła pora na 'pana młodego'. Miła odmiana, taniec był wolny.
- Już niedługo będziemy bawić się na twoim ślubie.
- Taaa - odpowiedziałam niepewnie. James ładnie podziękował, lekko dygnęłam i się uśmiechnęłam. Obróciłam się do następnego partnera. Był nim Alec. Nie musiałam protestować, bo znalazł się Damon. Szybko wziął mnie w ramiona i wirowaliśmy miedzy parami.
- Jak zawsze świetne wyczucie czasu - powiedziałam szeroko się uśmiechając.
- Pamiętaj, że ja zawsze przyjdę z odsieczą - zażartował, całując mnie w czoło. Wtuliłam się w niego i zobaczyłam wściekłego Alec'a. Miał zaciśnięte zęby, a w oczach nienawiść.
Udaliśmy się do stolika, Damon oddalił się na chwilę po drinki, a towarzystwa dotrzymał mi Adrian.
- No gdzie ten twój narzeczony? Chcę poznać tego biedaka. - Ciągle ze mnie kpił. Już powoli zaczynało mnie to denerwować. Zaciągnęłam się papierosem i powiedziałam:
- A co spieszy ci się do prowadzenia poważnych rozmów typu 'jak skrzywdzisz moją siostrę to cię zabiję'? - Nieporadnie naśladowałam jego głos.
- Nie, sama byś go zabiła gdyby cię skrzywdził. - I oboje śmialiśmy się głośno, nagle za naszych pleców wydobył się znajomy mi głos:
- Co tu tak wesoło? - zapytał Damon z niezadowoloną miną, podał mi drinka i przeniósł wzrok na mojego brata. Adrian spoważniał.
- Powiedz, że to nie z nim się zaręczyłaś - popatrzył na mnie błagalnie.
- Yyy... To nie z nim się zaręczyłam.
- Kłamiesz prawda?
- Tak - odpowiedziałam szybko.
- Kim jest dla ciebie ten gość?! - Damon krzyczał. Zdezorientowana nie wiem o co chodzi.
- To jest mój brat, idioto i nie krzycz na mnie.
- Właśnie, nie zwracaj się tak to mojej siostrzyczki. - W słowo 'siostra' włożył wiele czułości. - Chodź.- Podał mi rękę.- I zapomnij nie pozwolę ci wyjść za tego playboya.
- A może tak łaskawie ktoś mi wytłumaczy o co chodzi? Znacie się?
- Taaa, kiedyś się poznaliśmy i to nie była 'znajomość' - Damon nakreślił cudzysłów w powietrzu- przepełniona sympatią. - Adrian prychnął i powtórzył jeszcze raz, tym razem wolno i wyraźnie:
- Nie pozwolę - pauza - żeby MOJA SIOSTRA wyszła - znów pauza - za takiego pajaca!
- To może się napijemy? - zapytałam już totalnie nie wzruszona sytuacją. Znając ich obu można się było spodziewać, że albo się w sobie 'zakochają' i będą nie rozłączni albo będę się obdarzać czystą, i nie zdrową nienawiścią. Padło na to drugie, nie wiem co gorsze.
****
Oczami Belli
Zabawa dobiegła końca.
Naszą ostatnią niespodzianką dla rodziców był piękny miesiąc miodowy w...Paryżu!!! Byli bardzo zaskoczeni. Około 07:00 rano pomogłyśmy się przebrać Serenie i odprowadziliśmy ich do limuzyny. Odjechali z piskiem opon, a my byliśmy szczęśliwi, że wszystko tak doskonale się udało.
O godzinie 09:00 miały się odbyć "poprawiny". Szybko poszłam do pokoju wziąć szybki prysznic i przebrać się w wygodniejsze ubranie. Szybko przeczesałam włosy i ruszyłam do Sali Balowej.
Oczami Nathalie
Impreza się skończyła, z Damonem jesteśmy już w naszej komnacie, nie zadawałam żadnych pytam dlaczego nie lubią się z Adrianem. Jakoś specjalnie mnie to nie obchodziło, natomiast ciekawość mojego narzeczonego jest nie pohamowana:
- Nigdy nie zadawałem pytań o co chodzi z tym bliźniakiem... - no nie kiedyś musiał ale czemu dzisiaj!? Nic nie odpowiadałam więc kontynuował - Powiesz mi co cię z nim łączyło?
- Mam ci się tłumaczyć!? - Wpadłam w złość maiejącmając nadzieję, że to go zniechęci do dalszej rozmowy. - Dosłownie przed chwilą mój brat nazwał cię playboyem, a to ja mam ci się tłumaczyć?
- Co się tak drzesz kobieto? Zastanawia mnie dlaczego ten temat tak cię złości. - Niestety nie odpuszcza.
- Byłam z nim kiedyś. Byliśmy szaleńczo w sobie zakochani, zawsze mieliśmy być razem, a ja byłam pewna, że tak właśnie będzie - dalej krzyczałam. Chyba nie to chciał usłyszeć. Zmarszczył brwi, zmrużył oczy, zacisnął szczękę i wybiegł. Taaa, na pewno nie to chciał usłyszeć.
Postanowiłam, że nie będę za nim szła. Już mi wystarczy szukania go, to bezcelowe. Ubrałam się i wyszłam na małe przyjęcie, które zorganizował Aro tylko dla vipów.
Idąc korytarzem w ludzkim tempie do wyznaczonej sali za sobą usłyszałam pogwizdywanie. Znana melodia, a było nią chyba 'Sto lat'. Jak oryginalnie. Melodia była coraz głośniejsza więc postanowiłam przyśpieszyć i oszczędzić sobie spotkania z autorem emocjonującego i wzruszającego koncertu. Niestety nie udało mi się to. Po chwili szedł obok mnie ten sam facet, na którego wpadłam. Teraz był ubrany bardziej na luzie: czarne jeansy i popielata koszula.
- Też wybierasz się na przyjęcie? - zapytał z uśmiechem na twarzy. No tak niektórzy nie mają problemów i ciągle zacieszają.- Niestety nie znam drogi, pomożesz? - Co może miałam mu rysować mapę, albo robić za przewodniczkę: 'A tu kochani jest wielka sala Volltirii, zabijają tu niegrzeczne wampirki, ale nie śpimy, nie śpimy, zwiedzamy!' I co jeszcze? Spojrzałam na niego z pod łba. Nie wiem czemu ale było w nim coś dziwnego. Jakby nie świadom mojego 'wspaniałego' humoru wyciągnął bladą dłoń i się przedstawił, oczywiście z wielkim uśmiechem. Gdyby to na nas działało pomyślałbym, że coś jarał.
- Jestem Sebastian, Sebastian Ganthier. - Mówił z dziwnym akcentem, na którego wcześniej nie zwróciłam uwagi i którego nie rozpoznawałam. Mocno uścisnęłam mu dłoń i również się przedstawiłam:
- Jak już przedstawiamy się w stylu Jamesa Bonda to ja jestem Nathalie, Nathalie Waters. - Trochę zgryźliwości nikomu nie zaszkodzi. Zareagował stłumionym chichotem na mój żart.
- Miło cię poznać, Nathalie. - I znów ten akcent....
- Skąd jesteś? Mówisz z dziwnym akcentem.
- Z Francji.
- Monsieur* to wyjaśnia te rękawiczki.
- Dlaczego wszyscy czepiają się mnie o rękawiczki? Po prostu je lubię...
- Widzisz ja uwielbiam być sarkastyczna i też wszyscy się mnie o to czepiają.
- Taki nasz los - westchnął. - A ty skąd jesteś?
- Z Walii. Yr wyf yn Gymraeg, ac yr wyf yn meddwl bod y menig yn cael eu stylish.** - Chwilę szliśmy w milczeniu. Wytężyłam umysł, od dłuższego czasu tego nie robiłam więc nadeszła pora... Wyczułam strach Sebastiana, bał się, że już nigdy mnie nie spotka. Wybuchnęłam, głośnym śmiechem, zdezorientowany nie wiedział o co chodzi.
- Tak, masz racje - zaczęłam poważnie - być może się już nie spotkamy, - położyłam mu rękę na ramieniu. Już byliśmy przed drzwiami sali i dodałam - tylko nie wpadnij w nieokiełznaną rozpacz z tego powodu.
- Dar? - zapytał w ogóle niezawstydzony. Trochę zbił mnie z rytmu.
- Tak. A ty masz jakiś?
- Oczywiście - w tej chwili machną ręką w stronę drzwi, a te się otworzyły - Madame*** - przepuścił mnie pierwszą i muszę przyznać fajna sztuczka.
W sali było ponad 20 osób. Usiadłam między Adrianem i Alice, którzy dyskutowali o przepowiadaniu przyszłości.
Adrian: To nie potrzebujesz fusów, szklanej kuli ani złotych rybek? SUPER!
Alice: Jasne, że nie - zachichotała.- Witaj Nathalie.
Ja: Hej! Widzę, że już poznałaś mojego brata. Wiesz... to ja zawsze byłam inteligentniejsza. - I zawsze lubiłam mu dokuczać.
Adrian: Ha ha ha, nie fikaj gówniaro - poczochrał mi włosy ale nie wściekłam się o to i tak ich nie czesałam. Do rozmowy włączył się Emmet.
- Następny Waters? Rozmnażacie się jak świnki morskie.
Zobaczyłam Bellę błądzącą po sali ale nie podchodziłam do niej. Nie miałam ochoty na łagodzenie sporów. Niech sama rozwiązuje swoje problemy, mnie i tak nigdy nikt nie słucha i jeszcze mi się obrywa. Podeszłam do Jane.
***
Oczami Belli
Kiedy weszłam do Sali Balowej, była w niej już większość gości. W kącie zauważyła Elenę, ona też mnie zauważyła i gestem ręki pokazała mi bym do niej podeszła.
- Piękne przyjęcie zorganizowaliście- powiedziała kiedy obok niej usiadłam.
- Jeśli chcesz twój ślub też zorganizujemy- zaśmiałam się.
- Mi jeszcze nie śpieszno do ślubu- zaśmiała się i upiła łyk krwi.- Słyszałam, że pogodziłaś się z Edwardem- przytaknęłam jej- I bardzo dobrze, bo mogłaś już nigdy kogoś takiego nie spotkać- objęła mnie ramieniem.
- Jaki to piękny widok- usłyszałyśmy nad nami głos Stefana. Usiadł obok nas i podał po szklance wypełnionej Burbonem.
Po chwili w kieliszek zaczął stukać Aro. Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Zaczął gratulować "młodej parze", która niestety nie może być już z nami i tak dalej, i tak dalej. Nudy.
Kiedy skończył gadać, zobaczyłam, że w moją stronę idzie Edward.
- Mogę ją pożyczyć na chwilę?- zapytał.
- To w końcu twoja dziewczyna- zaśmiała się Elena. Wstałam i udałam się za Edwardem.
- Co chciałeś?- zapytałam, kiedy przeszliśmy na balkon.
- Wróć ze mną do Forks- wypalił. Popatrzyłam na niego jak na głupka. Chyba się skapnął- Bo jak to sobie wyobrażasz? Jesteśmy razem, a mieszkamy na dwóch różnych półkulach
- Racja, ale nie wiem co na to najbliżsi- zastanawiałam się.- Pewnie bardzo chcieliby wrócić do domu.
- Pogadaj z nimi- zaproponował- Ja muszę iść pogadać z Esme- westchną- Do zobaczenia- pocałował mnie krótko i poszedł. Ja chciałam natychmiast pogadać z moim rodzeństwem. Chodziłam po całej sali szukając ich. Kiedy tak chodziłam przy jednym ze stolików zobaczyłam Adriana, Alice i...Nathalie. Z tą ostatnią najmniej miałam ochotę by rozmawiać. Wiec poszłam dalej szukając mojego rodzeństwa i zaproponować im powrót do domu.
***
Oczami Nathalie:
- No co jest piękna? Jak się bawimy? - zapytałam. Jane już miała mi odpowiedzieć ale w jakieś naczynie zastukał Aro... i zaczyna się, przemowa. Gratulował 'parze młodej' i gadał jakieś bzdety. Rozglądnęłam się. Wzrokiem napotkałam hrabiego, francuzika. Ciekawe czy kiedyś jadł żabę? Widząc, że się na niego patrzę olśniewająco się uśmiechnął, odpowiedziałam tym samym. Nie wiem czemu ale bije od niego dobra energia.
Po niemiłosiernie, długiej i nudnej przemowie poszłam na taras. Tak na marginesie jakie przemowy nie są nudne!?
Usiadłam na barierce, odchyliłam głowę do tyłu i pozwoliłam żeby wiatr rozwiewał mi włosy. Świeciło słońce więc ja robiłam to samo. To, że się błyszczymy w promieniach słonecznych... to takie kiczowate. Niestety nie długo mi było pisane delektować się tą piękną chwilą, przyszedł Alec. Oparł się o barierkę, w bezpiecznej odległości. Jego twarz wykrzywił grymas.
- Unikasz mnie. Sądziłem, że po naszym ostatnim spotkaniu będzie inaczej. - To źle myślał. Chciałam zakończyć to tu i teraz więc słowa płynęły ze mnie bardzo szybko.
- Co ty sobie myślisz? Że przyjdziesz pocałujesz mnie i to wszystko załatwi!? Wmawiałeś mi, że mnie kochasz - już otworzył usta żeby coś powiedzieć ale zaprotestowałam uniesieniem ręki - potem wybrałeś tych starych dziadów i chcesz żeby wszystko było jak dawniej?
- Kocham cię.
- Uczucie nie wystarczy. Zmieniłam się, nie jestem taka jak dawniej i już nie będzie jak dawniej. Przeszkadzasz mi. Idź już.
Dziwne ale mnie posłuchał, może w końcu dotarło, że nigdy z nim nie będę. Naprawdę zostawiłam to już za sobą i wyleczyłam się z niego.
Po chwili byłam już zrelaksowana. Na balkonie zaczęło zbierać się więcej gości. Adrian zaproponował mi papierosa i oboje zaciągaliśmy się gorzkim dymem.
- Moja mała siostrzyczka. Że też nie zauważyłem kiedy tak urosłaś. - Objęliśmy się w pasie i znów zaczęliśmy opowiadać sobie śmieszne sytuacje z naszego życia, a ja obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę na to żebyśmy stracili kontakt na tak długo. Teoretycznie mamy wieczność ale nie znasz dnia, ani godziny. Moje rozmyślanie przerwał Ksawery, który przyłączył się do rozmowy. Zaczęłam opowiadać mu kompromitujące fakty z życia Adriana na co on zareagował następująco: 'Ja i moje papierosy nie możemy tego słuchać, wychodzimy'****.
Doszłam do wniosku, że nie warto szukać miłości. Sama przyjdzie.
--------------------------------------------------------------------------------
* Monsieur z francuskiego Pan
** Nathalie powiedziała, że jest Walijką i uważa, że rękawiczki są stylowe.
*** Madame z francuskiego Pani
**** Tekst jak i postać Adriana pochodzi z Akademii Wampirów. Zmieniłam mu tylko nazwisko i narodowość.
Przypisała Taśka
Witajcie wszyscy!
Na początek chciałam zauważyć, że nie było tak źle i zgromadziło się te 20 komentarzy. Więcej było przy tym marudzenia :D
Po drugie pragnę zauważyć, że jest to najdłuższy rozdział jaki do tej pory pojawił się na moim blogu!!!
Nie czekaliście na niego długo ;D
Chce też wam powiedzieć, że nie wiem kiedy pojawi się następna notka, ale będzie w tym miesiącu :)
Chciałam Wam życzyć miłej drugiej połowy wakacji :) szkoda, że szkoła się już zbliża :( Lepiej nie będę teraz o tym myśleć, bo mi się humor popsuje :)
Pozdrawiamy ;) Madzia ;* I Taśka ;)
Z doświadczenia wiem, że rzadko wszystko jest w porządku. Ludzie się zmieniają ( wampiry też). Zawsze nadchodzi pora zmian. Lato zastępuje zima, a wszystko co kochamy zasypie śnieg.
Pora iść do przodu, 'dojrzeć'.
Oczami Nathalie:
Siedzę w komnacie i szykuję się na imprezę. Damon gdzieś wybył, pewnie zobaczę go dopiero pod koniec przyjęcia i to w szampańskim humorze... Przyszła do mnie Jane, dawno się nie widziałyśmy, musimy nadrobić zaległości. Ostatnimi czasy oddaliłyśmy się od siebie ale zawsze będziemy się świetnie dogadywać. To się nie zmieni. Nadajemy na tych samych fala, dwa wredne charakterki.
- Szkoda, że nie jesteś już z moim braciszkiem - powiedziała wyciągając moją sukienkę z szafy. Spojrzałam ku niebu. ''Za jakie grzechy? ''. Wiedziałam, że prędzej czy później zejdziemy na ten temat. Gadałyśmy już o nowych technikach wysysania krwi z ludzi, o butach, plotkowałyśmy o takiej jednej wampirzycy. Nienawidzimy dziewuchy. Właściwie jest mało osób, które darzymy sympatią. Jane najbardziej kocha Alec'a, więc jako jego siostrzyczka musiała się pożalić jaki to on nie jest biedny i zrozpaczony po naszym rozstaniu, już nawet nie będę wspominać o powodzie rozłąki.... Ach, serce mi krwawi jak o tym myślę...
- Szkoda to tego, że w ziemię nie trafił jakiś wielki meteoryt, nie rozdzielił ziemi na dwie części i ja z Alec'em znaleźliśmy się na innych połowach. - Niestety ta perspektywa jest mało prawdopodobna.
- Zakładaj, - mówiąc to przyłożyła do mojego ciała suknię - musisz pięknie wyglądać, Alec oniemieje z zachwytu.
- Czy ty kobieto słyszysz co się do ciebie mówi!? - krzyknęłam.
- Mhmm - mruknęła w ogóle nie zainteresowana, wciąż przykładając mój strój.
- Może zapytam tak, uwaga pytanie za 100 punktów; z kim mieszkam w tej komnacie? Kto jest moją osobą towarzyszącą? Podpowiedź: chodzi o tę samą osobę.
- Damon - wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- Brawo! Tak, chodzi o mojego narzeczonego. - klasnęłam w dłonie i udawałam niesamowicie radosną. - A teraz nasza mała Jane za poprawną odpowiedź dostanie cukiereczka. - Pogłaskałam ją po głowie. I tym incydentem postanowiłam zakończyć tę miło, konwersację o Alec'u. Nie mam ochoty o nim rozmawiać, najchętniej wymazałabym z pamięci nasze ostatnie spotkanie.
Podała mi sukienkę i rzuciła szybkie:
- Widzimy się na dole. - I już jej nie było.
***
Oczami Belli
Właśnie siedzimy w komnacie Heidi i dokonujemy ostatnich poprawek w naszych strojach. Olivia kończy makijaż Sereny, a Heidi jej fryzurę. Wszystko pięknie się razem komponowało, a po Serenie było widać, że jest naprawdę szczęśliwa. Patrzyłam jak emanuje od niej to szczęście i radość, zachodziłam w głowę czy i mi się kiedyś tak poszczęści i czy poznam tego jedynego, z którym będę chciała pozostać na całe życie
Ale ty już kogoś takiego poznałaś- podpowiedział mi głosik w mojej głowie- I znajduję się w pokoju gościnnym.
Może i ten głosik ma racje. Może Edward to ten jedyny, z którym jest mi pisane spędzić całe moje wampirze życie? Poczułam lekkie szturchnięcie w ramię
- Już czas- powiedziała Destiny. Szybko wstałam i poprawiłam sukienkę.- Jak tylko zobaczysz nas w drzwiach zacznij grać- uśmiechnęła się. Szybko wyszłam z komnaty i udałam się w stronę pięknie ubranego ogrodu.
Na zewnątrz zebrali się już wszyscy. Szybko przeszłam bokiem na podest dla muzyków i wzięłam do rąk moje skrzypce (Olivia prosiła mnie bardzo bym na wejście zagrała Ave Maria na skrzypcach, miałam do nauki tylko 2h, ale i tak mi się udało). Udawałam, że je stroję, jednak patrzyłam na wszystkich zebranych. w pierwszym rzędzie siedzieli: Aro, Marek i Kajusz wraz ze swoimi żonami. Dalej było miejsce dla najbliższych przyjaciół (Nathalie, Damona, Eleny, Stefana, Jane, Heidi i Aleca). Dalej siedzieli Cullenowie. Przyglądali mi się z wyraźną uwagą, a w szczególności jeden z nich. Nie zwracałam na to uwagi, dopóki obok niego nie usiadła ta tleniona blondyna. Kiedy to zobaczyłam, o mało nie złamałam smyczka. Zauważyła to Rosalie, uśmiechnęła się pod nosem. A myślała, że tego nie zauważyłam.
Po chwili przyszedł pastor, a za nim przyszedł James z Chadem i Ksawerym. Przywitali się z pastorem i ze mną. James był wyraźnie zdenerwowany, a chłopaki mieli z niego niezłą polwekę.
- Nie bój się tatuśku- zaczął Chad- Jeśli Serena będzie chciała zwiać to ją powstrzymamy- zaśmiał się.
- Nie załamuj mnie- powiedział James przecierając czoło.
- Nie słuchaj głupot, gadanych przez głupiego- poklepałam go po ramieniu. Głośno przełknął jad. Po chwili goście wstali.- Już czas- powiedziałam i pchnęłam go na jego miejsce. Wszyscy odwrócili głowy w stronę drzwi, a ja zaczęłam grać "Ave Maria". Serena powoli szła w stronę ołtarza, przed nią szły Olivia i Destiny. Serena i James ciągle patrzyli sobie w oczy. Ja też ciągle czułam na sobie czyiś wzrok. Nie miałam zamiaru patrzeć kto to, bo i tak wiedziałam kto to. Kiedy Serena stanęła na ślubnym kobiercu, moja muzyka ucichła, siostry zajęły miejsce obok mnie, a goście usiedli zaczęła się ceremonia.
***
Oczami Nathalie
Impreza rozkręca się w najlepsze. Wszyscy się rozluźnili i pozostawili daleko w tyle drętwą atmosferę. Postanowiłam się rozejrzeć. 'Para młoda' tańcząc czule się przytulała. Cullenowie kręcili się gdzieś z boku, Alec popijał krew z kieliszka i obserwował mnie, nie musiałam tego widzieć, czułam jego spojrzenie na plecach; Aro dyskutował o czymś mało interesującym z .... Tomem Nixtonem? A może to był Tobiasz Nilson? Nieważne, oczywiście nigdzie nie było Damona. Chyba będę musiała poszukać jakiegoś miłego kawalera, który wcieli się w rolę tancerza.
Nagle podchodzi do mnie mężczyzna średniego wzrostu, z blond włosami, owiany zapachem drogiej, mocnej wody kolońskiej ( której nie lubiłam ) i zapachem tytoniu. To mogła być tylko jedna osoba.
- Adrian!? - krzyknęłam i zarzuciłam mu ręce na szyję. Przytuliliśmy się, ucałowaliśmy się. Jeszcze raz mu się przyjrzałam i zauważyłam jedną drobną zmianę: inne uczesanie. Reszta nic się nie zmieniła. Może to zabrzmi głupio ale jego znakiem rozpoznawczym jest zapach. Nałogowo pali. Zazwyczaj papierosy, czasem kubańskie cygara, od wieków pachnie tak samo. Czasem przewleka się zapach alkoholu. Spojrzałam jeszcze raz, miał na sobie dobrze dopasowany, granatowy garnitur w drobne prążki. Na prawym, ramieniu miał brokat, a na twarzy szeroki uśmiech. Miło znów go widzieć.
- To co siostrzyczko skoro już mi się przyjrzałaś może zapalimy? - Z kieszeni spodni, wyciągnął do połowy puste opakowanie Lucy Strike. Wyciągnęłam jednego, on również i paliliśmy w milczeniu.
- Skoro już palimy to dobrze byłoby się napić. - Podeszliśmy do stolika z krwią ludzką.- To co zawsze? - Kiwnęłam tylko głową na potwierdzenie tego, że życzę sobie 0 Rh-. Stuknęliśmy się kieliszkami i zaczęło się. Oboje zaczęliśmy opowiadać sobie co się działo w naszych życiach kiedy przez dłuższy czas nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Ostatnio kiedy widziałam mojego brata pokłóciliśmy się. Jakoś żadne z nas nie wychyliło się, żeby zawiesić broń, do dziś.
Adrian mieszka w naszej posiadłości w Walii tam prowadzi rozpustne życie. Zero zmian. Kiedy doszłam do momentu, w którym należało powiedzieć bratu o zaręczynach, zareagował jak większość osób, które mnie dobrze znają, zdziwił się ale szybko się otrząsnął, objął mnie ramieniem i powiedział:
- No nigdy bym się nie spodziewał, że tak będziesz spieszyć się do zamążpójścia. - Obdarzył mnie uśmiechem.
- Ja się spieszę? Ja mam 237 lat.
- Całkiem sporo, ciekawe kto chce taka staruszkę. - Nabijał się ze mnie. Za kare dałam mu kuksańca w ramie. - Tak serio, kto jest tym szczęściarzem?
- Poznasz go. Właściwie szukałam mego narzeczonego ale się zagadaliśmy. Pogadamy później. - Odeszłam, a za sobą zostawiłam Adrian, który już flirtował z jakąś panna. Przewróciłam oczami i pomyślałam ''cały Adrian''.
***
Oczami Belli
Zabawa się zaczęła. Wszyscy bawią się wyśmienicie. Właśnie rozmawiam z Eleną, popijając krew, kiedy podchodzi do mnie reszta mojego rodzeństwa.
- Już czas na naszą niespodziankę- pisnęła Olivia. Pokiwałam głową i dopiłam krew.
- Wybacz na chwilę- uśmiechnęłam się do Eleny.
- Nie ma sprawy- uśmiechnęła się i zniknęła w objęciach Stefana.Olivia ciągnęła nas w stronę sceny.
- Każdy wie co ma robić?- zapytała. Wszyscy przytaknęli. A nasza niespodzianka polegała na tym, że wykonamy ulubioną piosenkę Sereny pt. "All I Need", mają nam w tym pomóc Heidi, Alec i Jane. Kiedy weszliśmy na scenę, cała trójka podeszła do nas. Ja złapałam za skrzypce, Heidi za wiolonczele, Alec za bas, Destiny za pianino, Chad za perkusję, Ksawery za gitarę elektryczną, a Jane za klasyczną. Olivia będzie śpiewać (-,-)
- Hej- zaczęła Olivia, wszyscy momentalnie ucichli i zaczęli patrzeć w naszą stronę- Przepraszam, że przerywam wam w zabawie, ale razem z moim rodzeństwem i przyjaciółmi chciałabym wykonać pewną piosenkę dla naszych rodziców, żeby pokazać im jak wiele dla nas znaczą.- Odwróciła się do nas i dała znak by zacząć.
Later....
Po wykonanej piosence wszyscy zaczęli bić brawo i wiwatować. Serena bardo się wzruszyła i od razu przybiegła nas uściskać. Czułam się wspaniale.
Oczami Nathalie
Moje poszukiwania Damona skończyły się tym, że przetańczyłam chyba z połową gości, wypiłam ponad 20 kieliszków krwi i pokłóciłam się z moimi dawnymi wrogami. W końcu znalazłam Bellę. Dziś widzę ją pierwszy raz, chyba wiem jaki jest powód... Cullenowie, a w szczególności jeden. Nie rozmawiałyśmy na temat tak nagłej przeprowadzki ale wszyscy wiedzą jaki jest powód.
- Hej, piękna! Widziałaś może Damona? Nigdzie nie mogę go znaleźć, zmył się zaraz po naszym przyjeździe. Pewnie już znalazł sobie inna przyszłą żoneczkę - wyszczerzyłam się do niej. Odpowiedziała delikatnym i udawanym uśmiechem. Nie zamierzałam jej pocieszać, raczej chciałam kopnąć ją w dupie i powiedzieć żeby znalazła sobie kogoś z lepszą fryzurą. No dobra... gdybym wyjechała z tekstem o fryzurze na pewno by mnie zamordowała.
- Ej, mała. Wyluzuj. Jest tylu facetów, a ty wciąż myślisz o jakimś dupku. Patrz na mnie - wskazałam na siebie kciukami - mój narzeczony gdzieś zniknął, może hula sobie z jakąś gorącą wampirzycą, a ja dobrze się bawię, tańczę, pije.
- To ciekawe dlaczego go szukasz? - zapytałam zła.
- A kto będzie przynosił mi drinki!? - byłam oburzona.
- Nie wszyscy są tacy jak ty. - Auć- I nie traktują wszystkich jak przedmioty - powiedziała to co myśli. I nie powiem, zabolało. Wzięłam łyka słodkiego drinka i powiedziałam obojętnie:
- Jak chcesz to sobie tu siedź i użalaj się nad sobą. Ja spadam. - Myślę, że żadna z nas nie miała ochoty na rozmowę, a już na pewno nie w takiej atmosferze. Postanowiłam, że misję pod kryptonimem 'Pocieszanie biednej, Belluni zostawię komuś kto bardziej się na tym zna. Serena najbardziej się do tego nadaje. Destiny też może być, tylko błagam nie Olivia...
Odwróciłam się i głową uderzyłam w coś twardego, umięśnionego, zimnego i ładnie pachnącego wodą kolońską. A był to męski tors. Zrobiłam krok do tyłu moim oczom ukazał się bardzo wysoki, przystojny mężczyzna, w czarnym, idealnie skrojonym garniturze, na dłoniach miał ciemne, chyba jedwabne rękawiczki. Osobiście uważam, że to przesada ale wyglądają elegancko.
Nieznajomy patrzył na mnie zielonymi oczami, kolor oczu dość rzadko spotykany u naszej rasy. Ładnie się uśmiechał i życzliwie (?). Zawsze uważałam, że facet nie powinien uśmiechać się ładnie i słodko.
Czekałam aż mi ustąpi i chociaż przeprosi, pomijając fakt, że ja na niego wpadłam, ale nic takiego nie nastąpiło. Wściekła po rozmowie z Bellą uniosłam brew. Facet dalej się we mnie wgapiał. Po chwili popatrzył w dal, szybko zamrugał dwa razy, ściągnął rękawiczki, posłał mi jeszcze bardziej rozbrajający uśmiech i łapiąc moją dłoń powiedział:
- Oczywiście. Gdzie moje maniery? - W tej chwili delikatnie musnął moją dłoń, dalej ją trzymając pytał. - Z kim mam przyjemność? - Próbował mnie czarować ale nie ze mną takie numery.
- Za każdym razem - zaczęłam ironicznie - kiedy o tobie pomyślę mój mózg zaleje miód, gdyż jestem niesamowicie uradowana, że rycerskość nie umiera ale śpieszę się. - Chciałam wydostać swoją dłoń z uścisku, z lekkim zawahaniem rozmówca pozwolił mi na to. Posłałam mu przesłodzony uśmiech i odeszłam. Usłyszałam tylko, westchnienie Belli. No tak, potwierdziłam tylko jej słowa.... I męski głos:
- Miło było spotkać tak uroczą damę. - Przewróciłam oczami.
***
Oczami Belli
Po krótkiej i miłej rozmowie z Nathalie, nie miałam już na nic ochoty. Kiedy nerwowym krokiem szłam do stołu z krwią, ktoś złapał mnie i pociągnął na parkiet, a tym kimś był Chad. Oczywiście, a któż by inny zrobiłby to tak brutalnie?
- Czy moja kochana siostrzyczka, myślała, że mi gdzieś zwieje?- zapytał odwracając mnie do siebie i biorąc w ramiona.
- Właśnie cię szukałam- skłamałam szybko. On jednak spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
- Jasne, a Nath jest miła- odparował z sarkazmem. Już nie rozmawialiśmy tylko tańczyliśmy. Potem tańczyłam jeszcze z Ksawerym, Alec'em, Heidi, Olivią, Stefanem, Emmett'em i na końcu z Jamesem.
- Nie wiem jak mam Ci dziękować- zaczął.
- Tato, tylko się nie rozklejaj- szepnęłam- Wampiry patrzą- zaśmiałam się.
- Po prostu jestem wam wdzięczny, za zorganizowanie czegoś tak pięknego- powiedział i mnie przytulił. Czułam się wspaniale. Nie pamiętam kiedy ostatnio to zrobił. Kiedy ta piosenka dobiegała końca zaczęła się piosenka Rihanny "Stay".
- Można prosić?- zapytał ciepły baryton za moimi plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam Edwarda, z ręką wyciągniętą w moją stronę. James już gdzieś znikną. Nie miałam wyboru.
- Oczywiście- podałam mu dłoń, a on natychmiast mnie do siebie przyciągnął, zamykając mnie w żelaznym uścisku.
- To jest piosenka dla wszystkich zakochanych na tej sali- usłyszałam dwa głosy, tak mi znajome. Odwróciłam się w stronę sceny i zobaczyłam Olivie i Alice. Pomachały do mnie i zeskoczyły ze sceny wprost w ramiona swoich ukochanych. Mnie tym czasem Edward przyciągnął jeszcze bliżej. Tańczyliśmy przez moment, kiedy się odezwał.
- Wybacz mi- wyszeptał w moje włosy. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Bardzo chcę mu wybaczyć, ale boję się tego. Wszyscy tego ode mnie oczekują. Rodzina chce żebym była szczęśliwa i ja też tego chce dla siebie...
- Wszyscy wywierają na mnie presje- westchnęłam
- Co masz na myśli?- zapytał z troską.
- Wiem, że wszyscy chcą, żebym była szczęśliwa- zaczęłam się zwierzać- Prawda jest taka, że to z tobą byłam najszczęśliwszą osobą na świecie- wyznałam to co czułam. Podniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy, zapaliły się w nich ogniki szczęścia. Postanowiłam dalej mówić:- Ale kiedy usłyszałam to co powiedziała ta Tanya...nie wiem co we mnie wstąpiło. Byłam wściekła, że ośmieliła się ciebie tknąć. Ucieczka była moim jedynym wyjściem.- Przytulił mnie jeszcze mocniej.
- Mogłam Cię zatrzymać i wszystko wyjaśnić- Mogłem...- nie dokończył, bo go pocałowałam. Trochę się zdziwił na początku, ale zaraz przyciągnął mój podbródek jeszcze trochę bliżej.
- Czy to znaczy, że wybaczasz?- zapytał z uśmiechem.
- Już dawno ci wybaczyłam- powiedziałam i znów go pocałowałam.
****
Oczami Nathalie:
Odpuściłam sobie szukanie Damona i postanowiłam potańczyć.
Z Ksawerym na moment zawładnęliśmy całym parkietem. Tańczyliśmy pogo, co prawda nie ta okazja ale widok zostanie na długo nie tylko w pamięci wykonawców. Świetnie się przy tym bawiliśmy, naszego optymizmu nie podzielała Olivia, która wyciągnęła Ksawerego za ucho poza parkiet i tylko powtarzała, że jeszcze nigdy się tak nie wstydziła, na mnie również nawrzeszczał. Z chłopakiem żartowaliśmy, że teraz staniemy się legendą i pogo będzie tradycyjnym tańcem wśród Vollturi. Po tych słowach wyobraziliśmy sobie Aro wykonującego wygibasy i wybuchnęliśmy śmiechem. Atmosfera się rozluźniła, pogadaliśmy trochę, pożegnałam się i wyruszyłam na parkiet.
Tańczyłam z Adrianem, który kręcił mną w prawo i lewo. Gdybym była człowiekiem pewnie goście ujrzeliby co zjadłam. Potem przyszła pora na 'pana młodego'. Miła odmiana, taniec był wolny.
- Już niedługo będziemy bawić się na twoim ślubie.
- Taaa - odpowiedziałam niepewnie. James ładnie podziękował, lekko dygnęłam i się uśmiechnęłam. Obróciłam się do następnego partnera. Był nim Alec. Nie musiałam protestować, bo znalazł się Damon. Szybko wziął mnie w ramiona i wirowaliśmy miedzy parami.
- Jak zawsze świetne wyczucie czasu - powiedziałam szeroko się uśmiechając.
- Pamiętaj, że ja zawsze przyjdę z odsieczą - zażartował, całując mnie w czoło. Wtuliłam się w niego i zobaczyłam wściekłego Alec'a. Miał zaciśnięte zęby, a w oczach nienawiść.
Udaliśmy się do stolika, Damon oddalił się na chwilę po drinki, a towarzystwa dotrzymał mi Adrian.
- No gdzie ten twój narzeczony? Chcę poznać tego biedaka. - Ciągle ze mnie kpił. Już powoli zaczynało mnie to denerwować. Zaciągnęłam się papierosem i powiedziałam:
- A co spieszy ci się do prowadzenia poważnych rozmów typu 'jak skrzywdzisz moją siostrę to cię zabiję'? - Nieporadnie naśladowałam jego głos.
- Nie, sama byś go zabiła gdyby cię skrzywdził. - I oboje śmialiśmy się głośno, nagle za naszych pleców wydobył się znajomy mi głos:
- Co tu tak wesoło? - zapytał Damon z niezadowoloną miną, podał mi drinka i przeniósł wzrok na mojego brata. Adrian spoważniał.
- Powiedz, że to nie z nim się zaręczyłaś - popatrzył na mnie błagalnie.
- Yyy... To nie z nim się zaręczyłam.
- Kłamiesz prawda?
- Tak - odpowiedziałam szybko.
- Kim jest dla ciebie ten gość?! - Damon krzyczał. Zdezorientowana nie wiem o co chodzi.
- To jest mój brat, idioto i nie krzycz na mnie.
- Właśnie, nie zwracaj się tak to mojej siostrzyczki. - W słowo 'siostra' włożył wiele czułości. - Chodź.- Podał mi rękę.- I zapomnij nie pozwolę ci wyjść za tego playboya.
- A może tak łaskawie ktoś mi wytłumaczy o co chodzi? Znacie się?
- Taaa, kiedyś się poznaliśmy i to nie była 'znajomość' - Damon nakreślił cudzysłów w powietrzu- przepełniona sympatią. - Adrian prychnął i powtórzył jeszcze raz, tym razem wolno i wyraźnie:
- Nie pozwolę - pauza - żeby MOJA SIOSTRA wyszła - znów pauza - za takiego pajaca!
- To może się napijemy? - zapytałam już totalnie nie wzruszona sytuacją. Znając ich obu można się było spodziewać, że albo się w sobie 'zakochają' i będą nie rozłączni albo będę się obdarzać czystą, i nie zdrową nienawiścią. Padło na to drugie, nie wiem co gorsze.
****
Oczami Belli
Zabawa dobiegła końca.
Naszą ostatnią niespodzianką dla rodziców był piękny miesiąc miodowy w...Paryżu!!! Byli bardzo zaskoczeni. Około 07:00 rano pomogłyśmy się przebrać Serenie i odprowadziliśmy ich do limuzyny. Odjechali z piskiem opon, a my byliśmy szczęśliwi, że wszystko tak doskonale się udało.
O godzinie 09:00 miały się odbyć "poprawiny". Szybko poszłam do pokoju wziąć szybki prysznic i przebrać się w wygodniejsze ubranie. Szybko przeczesałam włosy i ruszyłam do Sali Balowej.
Oczami Nathalie
Impreza się skończyła, z Damonem jesteśmy już w naszej komnacie, nie zadawałam żadnych pytam dlaczego nie lubią się z Adrianem. Jakoś specjalnie mnie to nie obchodziło, natomiast ciekawość mojego narzeczonego jest nie pohamowana:
- Nigdy nie zadawałem pytań o co chodzi z tym bliźniakiem... - no nie kiedyś musiał ale czemu dzisiaj!? Nic nie odpowiadałam więc kontynuował - Powiesz mi co cię z nim łączyło?
- Mam ci się tłumaczyć!? - Wpadłam w złość maiejącmając nadzieję, że to go zniechęci do dalszej rozmowy. - Dosłownie przed chwilą mój brat nazwał cię playboyem, a to ja mam ci się tłumaczyć?
- Co się tak drzesz kobieto? Zastanawia mnie dlaczego ten temat tak cię złości. - Niestety nie odpuszcza.
- Byłam z nim kiedyś. Byliśmy szaleńczo w sobie zakochani, zawsze mieliśmy być razem, a ja byłam pewna, że tak właśnie będzie - dalej krzyczałam. Chyba nie to chciał usłyszeć. Zmarszczył brwi, zmrużył oczy, zacisnął szczękę i wybiegł. Taaa, na pewno nie to chciał usłyszeć.
Postanowiłam, że nie będę za nim szła. Już mi wystarczy szukania go, to bezcelowe. Ubrałam się i wyszłam na małe przyjęcie, które zorganizował Aro tylko dla vipów.
Idąc korytarzem w ludzkim tempie do wyznaczonej sali za sobą usłyszałam pogwizdywanie. Znana melodia, a było nią chyba 'Sto lat'. Jak oryginalnie. Melodia była coraz głośniejsza więc postanowiłam przyśpieszyć i oszczędzić sobie spotkania z autorem emocjonującego i wzruszającego koncertu. Niestety nie udało mi się to. Po chwili szedł obok mnie ten sam facet, na którego wpadłam. Teraz był ubrany bardziej na luzie: czarne jeansy i popielata koszula.
- Też wybierasz się na przyjęcie? - zapytał z uśmiechem na twarzy. No tak niektórzy nie mają problemów i ciągle zacieszają.- Niestety nie znam drogi, pomożesz? - Co może miałam mu rysować mapę, albo robić za przewodniczkę: 'A tu kochani jest wielka sala Volltirii, zabijają tu niegrzeczne wampirki, ale nie śpimy, nie śpimy, zwiedzamy!' I co jeszcze? Spojrzałam na niego z pod łba. Nie wiem czemu ale było w nim coś dziwnego. Jakby nie świadom mojego 'wspaniałego' humoru wyciągnął bladą dłoń i się przedstawił, oczywiście z wielkim uśmiechem. Gdyby to na nas działało pomyślałbym, że coś jarał.
- Jestem Sebastian, Sebastian Ganthier. - Mówił z dziwnym akcentem, na którego wcześniej nie zwróciłam uwagi i którego nie rozpoznawałam. Mocno uścisnęłam mu dłoń i również się przedstawiłam:
- Jak już przedstawiamy się w stylu Jamesa Bonda to ja jestem Nathalie, Nathalie Waters. - Trochę zgryźliwości nikomu nie zaszkodzi. Zareagował stłumionym chichotem na mój żart.
- Miło cię poznać, Nathalie. - I znów ten akcent....
- Skąd jesteś? Mówisz z dziwnym akcentem.
- Z Francji.
- Monsieur* to wyjaśnia te rękawiczki.
- Dlaczego wszyscy czepiają się mnie o rękawiczki? Po prostu je lubię...
- Widzisz ja uwielbiam być sarkastyczna i też wszyscy się mnie o to czepiają.
- Taki nasz los - westchnął. - A ty skąd jesteś?
- Z Walii. Yr wyf yn Gymraeg, ac yr wyf yn meddwl bod y menig yn cael eu stylish.** - Chwilę szliśmy w milczeniu. Wytężyłam umysł, od dłuższego czasu tego nie robiłam więc nadeszła pora... Wyczułam strach Sebastiana, bał się, że już nigdy mnie nie spotka. Wybuchnęłam, głośnym śmiechem, zdezorientowany nie wiedział o co chodzi.
- Tak, masz racje - zaczęłam poważnie - być może się już nie spotkamy, - położyłam mu rękę na ramieniu. Już byliśmy przed drzwiami sali i dodałam - tylko nie wpadnij w nieokiełznaną rozpacz z tego powodu.
- Dar? - zapytał w ogóle niezawstydzony. Trochę zbił mnie z rytmu.
- Tak. A ty masz jakiś?
- Oczywiście - w tej chwili machną ręką w stronę drzwi, a te się otworzyły - Madame*** - przepuścił mnie pierwszą i muszę przyznać fajna sztuczka.
W sali było ponad 20 osób. Usiadłam między Adrianem i Alice, którzy dyskutowali o przepowiadaniu przyszłości.
Adrian: To nie potrzebujesz fusów, szklanej kuli ani złotych rybek? SUPER!
Alice: Jasne, że nie - zachichotała.- Witaj Nathalie.
Ja: Hej! Widzę, że już poznałaś mojego brata. Wiesz... to ja zawsze byłam inteligentniejsza. - I zawsze lubiłam mu dokuczać.
Adrian: Ha ha ha, nie fikaj gówniaro - poczochrał mi włosy ale nie wściekłam się o to i tak ich nie czesałam. Do rozmowy włączył się Emmet.
- Następny Waters? Rozmnażacie się jak świnki morskie.
Zobaczyłam Bellę błądzącą po sali ale nie podchodziłam do niej. Nie miałam ochoty na łagodzenie sporów. Niech sama rozwiązuje swoje problemy, mnie i tak nigdy nikt nie słucha i jeszcze mi się obrywa. Podeszłam do Jane.
***
Oczami Belli
Kiedy weszłam do Sali Balowej, była w niej już większość gości. W kącie zauważyła Elenę, ona też mnie zauważyła i gestem ręki pokazała mi bym do niej podeszła.
- Piękne przyjęcie zorganizowaliście- powiedziała kiedy obok niej usiadłam.
- Jeśli chcesz twój ślub też zorganizujemy- zaśmiałam się.
- Mi jeszcze nie śpieszno do ślubu- zaśmiała się i upiła łyk krwi.- Słyszałam, że pogodziłaś się z Edwardem- przytaknęłam jej- I bardzo dobrze, bo mogłaś już nigdy kogoś takiego nie spotkać- objęła mnie ramieniem.
- Jaki to piękny widok- usłyszałyśmy nad nami głos Stefana. Usiadł obok nas i podał po szklance wypełnionej Burbonem.
Po chwili w kieliszek zaczął stukać Aro. Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Zaczął gratulować "młodej parze", która niestety nie może być już z nami i tak dalej, i tak dalej. Nudy.
Kiedy skończył gadać, zobaczyłam, że w moją stronę idzie Edward.
- Mogę ją pożyczyć na chwilę?- zapytał.
- To w końcu twoja dziewczyna- zaśmiała się Elena. Wstałam i udałam się za Edwardem.
- Co chciałeś?- zapytałam, kiedy przeszliśmy na balkon.
- Wróć ze mną do Forks- wypalił. Popatrzyłam na niego jak na głupka. Chyba się skapnął- Bo jak to sobie wyobrażasz? Jesteśmy razem, a mieszkamy na dwóch różnych półkulach
- Racja, ale nie wiem co na to najbliżsi- zastanawiałam się.- Pewnie bardzo chcieliby wrócić do domu.
- Pogadaj z nimi- zaproponował- Ja muszę iść pogadać z Esme- westchną- Do zobaczenia- pocałował mnie krótko i poszedł. Ja chciałam natychmiast pogadać z moim rodzeństwem. Chodziłam po całej sali szukając ich. Kiedy tak chodziłam przy jednym ze stolików zobaczyłam Adriana, Alice i...Nathalie. Z tą ostatnią najmniej miałam ochotę by rozmawiać. Wiec poszłam dalej szukając mojego rodzeństwa i zaproponować im powrót do domu.
***
Oczami Nathalie:
- No co jest piękna? Jak się bawimy? - zapytałam. Jane już miała mi odpowiedzieć ale w jakieś naczynie zastukał Aro... i zaczyna się, przemowa. Gratulował 'parze młodej' i gadał jakieś bzdety. Rozglądnęłam się. Wzrokiem napotkałam hrabiego, francuzika. Ciekawe czy kiedyś jadł żabę? Widząc, że się na niego patrzę olśniewająco się uśmiechnął, odpowiedziałam tym samym. Nie wiem czemu ale bije od niego dobra energia.
Po niemiłosiernie, długiej i nudnej przemowie poszłam na taras. Tak na marginesie jakie przemowy nie są nudne!?
Usiadłam na barierce, odchyliłam głowę do tyłu i pozwoliłam żeby wiatr rozwiewał mi włosy. Świeciło słońce więc ja robiłam to samo. To, że się błyszczymy w promieniach słonecznych... to takie kiczowate. Niestety nie długo mi było pisane delektować się tą piękną chwilą, przyszedł Alec. Oparł się o barierkę, w bezpiecznej odległości. Jego twarz wykrzywił grymas.
- Unikasz mnie. Sądziłem, że po naszym ostatnim spotkaniu będzie inaczej. - To źle myślał. Chciałam zakończyć to tu i teraz więc słowa płynęły ze mnie bardzo szybko.
- Co ty sobie myślisz? Że przyjdziesz pocałujesz mnie i to wszystko załatwi!? Wmawiałeś mi, że mnie kochasz - już otworzył usta żeby coś powiedzieć ale zaprotestowałam uniesieniem ręki - potem wybrałeś tych starych dziadów i chcesz żeby wszystko było jak dawniej?
- Kocham cię.
- Uczucie nie wystarczy. Zmieniłam się, nie jestem taka jak dawniej i już nie będzie jak dawniej. Przeszkadzasz mi. Idź już.
Dziwne ale mnie posłuchał, może w końcu dotarło, że nigdy z nim nie będę. Naprawdę zostawiłam to już za sobą i wyleczyłam się z niego.
Po chwili byłam już zrelaksowana. Na balkonie zaczęło zbierać się więcej gości. Adrian zaproponował mi papierosa i oboje zaciągaliśmy się gorzkim dymem.
- Moja mała siostrzyczka. Że też nie zauważyłem kiedy tak urosłaś. - Objęliśmy się w pasie i znów zaczęliśmy opowiadać sobie śmieszne sytuacje z naszego życia, a ja obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę na to żebyśmy stracili kontakt na tak długo. Teoretycznie mamy wieczność ale nie znasz dnia, ani godziny. Moje rozmyślanie przerwał Ksawery, który przyłączył się do rozmowy. Zaczęłam opowiadać mu kompromitujące fakty z życia Adriana na co on zareagował następująco: 'Ja i moje papierosy nie możemy tego słuchać, wychodzimy'****.
Doszłam do wniosku, że nie warto szukać miłości. Sama przyjdzie.
--------------------------------------------------------------------------------
* Monsieur z francuskiego Pan
** Nathalie powiedziała, że jest Walijką i uważa, że rękawiczki są stylowe.
*** Madame z francuskiego Pani
**** Tekst jak i postać Adriana pochodzi z Akademii Wampirów. Zmieniłam mu tylko nazwisko i narodowość.
Przypisała Taśka
Witajcie wszyscy!
Na początek chciałam zauważyć, że nie było tak źle i zgromadziło się te 20 komentarzy. Więcej było przy tym marudzenia :D
Po drugie pragnę zauważyć, że jest to najdłuższy rozdział jaki do tej pory pojawił się na moim blogu!!!
Nie czekaliście na niego długo ;D
Chce też wam powiedzieć, że nie wiem kiedy pojawi się następna notka, ale będzie w tym miesiącu :)
Chciałam Wam życzyć miłej drugiej połowy wakacji :) szkoda, że szkoła się już zbliża :( Lepiej nie będę teraz o tym myśleć, bo mi się humor popsuje :)
Pozdrawiamy ;) Madzia ;* I Taśka ;)
środa, 31 lipca 2013
35. "Paniejski"
Oczami Belli
To już za dwa dni.
James i Serena znów przyrzekną sobie wieczną miłość.
Dziś jedziemy wybrać sukienkę dla Sereny. My zabieramy Serenę na całodniowe zakupy, a chłopaki mają gdzieś wyciągnąć Jamesa, żeby reszta mogla zająć się przygotowaniem ogrodu i Sali Balowej. To będą pracowite dwa dni.
O godzinie 07:00 Olivia i Heidi zwołały wszystkich, którzy mają przez ten czas uszykować wszystko co było potrzebne. Nałożyłam na salę tarczę anty-dzwiękową by Serena i James niczego nie słyszeli.
- Damy wam tyle czasu ile się tylko da- zapowiedziała Olivia- Nie wiem ile to potrwa. Będziemy was informować telefoniczne. Tak samo chłopaki postąpią z Jamesem. Kiedy nas nie ma kontrole nad wszystkim przejmuje Heidi. Kwiaty przyjadą za godzinę. Podobne z krwią.- skończyła wydawać instrukcje- Czy wszyscy wiedzą co mają robić?- powiedziała podniesionym głosem, zupełne jak generał do żołnieży.
- Tak jest Pani Kapitan!- odkrzyknęli wszyscy równo.
- A więc rozejść się!- krzyknęła. Wszyscy zniknęli i zabrali się do pracy. Olivia odwróciła się w naszą stronę.
- Nas czeka trudniejsze zadanie- westchnęła. Poszła w kierunku sypialni Jamesa i Sereny.
- Cześć dziewczynki- przywitała Nas z uśmiechem- Co Was sprowadza?
- Jedziemy na zakupy- oznajmiła Olivia
- Dziewczynki...- zaczęła, lecz Olivia nie dała jej dojść do głosu.
- Nie ma, żadnego "ale". Jedziemy.- powiedziała i pociągnęła Serenę w kierunku garaży. Serena już nie protestowała bo wiedziała, że i tak nie wygra.- Tam gdzie jedziemy to niespodzianka więc zasłonimy ci oczka- zaświergotała Olivia
- Czy to naprawdę jest konieczne?- zapytała. Olivia jedyne przytaknęła. Serena westchnęła i pozwoliła mi zawiązać sobie oczy czarną przepaską. Pomogłyśmy jej wsiąść do samochodu i ruszyłyśmy do salonu sukni ślubnych. Kiedy zatrzymałyśmy się pod salonem pomogłyśmy wysiąść Serenie z auta i postawiłyśmy ją przed szklanymi drzwiami.
- Dziewczyny, co się tu dzieje?- zapytała rozdrażniona. Olivia dała mi znak, żebym rozwiązała opaskę. Kiedy to zrobiłam Serena głośno nabrała powietrza.- Co to ma znaczyć?-zapytała zbyta z tropu.
- Przecież chcieliście odnowić swoje przyrzeczenia, prawda? Przez moją ucieczkę było to niemożliwe- opowiedziałam- Więc teraz wybierzemy Ci suknię na ten wyjątkowy dzień.
- Ale jeszcze nie ma ustalonej daty...- zaczęła swoje protesty, w chwili kiedy Olivia i Dess zaczęły ją ciągnąć w stronę drzwi. W momencie, kiedy przekroczyłyśmy próg podeszła do nas kobieta w średnim wieku.
- Witam- przywitała się grzecznie- W czym mogę Paniom służyć?- zapytała.
- Potrzebujemy sukni dla naszej mamy- zaczęła Olivia. Sprzedawczyni zwróciła się do Sereny i zaczęła wypytywać o różne detale. Kazała nam usiąść i zawołała kilka dziewczyn. Zaczęła grzebać między manekinami i dała tym dziewczyną po kilka sukni. Zagoniła je do przymierzalni, a potem zwróciła się do nas.
- Zapraszam na pokaz- powiedziała i włączyła muzykę. No, no muszę przyznać, że znają się na rzeczy. Sama tu przyjdę kiedy będę wychodzić za mąż. Sukienki bardzo mi się podobały, z resztą Serenie też, lecz mówiła, że to dalej nie jest to.
- Czy miałaby Pani jakąś suknię z czerwonym akcentem?- zapytała z nadzieją. Kobieta jedynie się uśmiechnęła.
- Oczywiście. Proszę chwilkę poczekać- i zniknęła na zapleczu. Serenie, aż oczy rozbłysły.
- Wiedziałam, że wymyśli coś takiego- szepnęła Olivia- dobrze, że dodatkowo zamówiłam 100 czerwonych róż- powiedziała i poszła zadzwonić. W tym czasie wyszły do nas cztery dziewczyny (1,2,3,4) ubrane w cudne białe suknie z odrobiną czerwieni. Serena przymierzyła wszystkie. Mi najbardziej podobała się pierwsza i druga. Serena wahała się nad drugą i trzecią. Po jakiś 20 min namysłu wybrała drugą. Była z tego powodu bardzo zadowolona. Razem z Destiny poszły wybrać welon. Olivia zadzwoniła do Heidi. Ta powiedziała jej, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i możemy wracać.
Kiedy wracałyśmy do zamku było jakoś po 14:00. Gdy tylko wjechałyśmy do garażu przybiegła do mnie Jane niosąc moją pelerynę i herb. Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Po co mi to przyniosłaś?
- Przybyli pierwsi goście i Aro Cię wzywa- oznajmiła podając mi rzeczy.
- Jacy goście?- zapytała Serena
- O jak późno!- krzyknęła Olivia- Musimy iść do twojej sypialni. Chodź- powiedziała ciągnąc za sobą Serenę o Dess.
- Jacy goście?- zapytałam nakładając pelerynę.
- Zobaczysz- powiedziała unikając mego wzroku. Domyślałam się najgorszego, ale musiałam iść do Wielkiej Sali. Przy drzwiach stał Alec.
- Nie będziesz zachwycona- uśmiechną się, a ja dopiero zajarzyłam o kogo chodzi. Modląc się by to nie była prawda weszłam do Sali Tronowej. Gdy tylko przekroczyłam próg Sali w moją stronę zwróciło się 7 par oczu. Tylko nie to- pomyślałam. Zdawali się zdziwieni moim przybyciem. Zlustrowali mnie od dołu do góry. Zatrzymali się na oczach. No, cóż w końcu były czerwone ze złotymi refleksami. Kiedy szłam środkiem sali rozstąpili się robiąc mi miejsce, ciągle podążali za mną wzrokiem. Zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed Arem.
- Wzywałeś mnie- powiedziałam.
- Tak- powiedział- Zaprowadź Naszych drogich gości do przygotowanych dla nich pokoi- Super. Mam nadzieje, że nie będę musiała z nimi rozmawiać.
- Proszę za mną- powiedziałam mijając ich. Słyszałam, że posłusznie idą za mną.
- Iso- co znowu ode mnie chce?!
- Tak?- zapytałam nie odwracając się do niego.
- Heidi zaraz przybędzie z obiadem.
- Dobrze- powiedziałam i ruszyłam przed siebie. Kiedy mijaliśmy Alec'a oczywiście musiał wtrącić swoje pięć groszy.
- Mówiłem- zaśmiał się.
- Zamknij się, albo Cie wypatroszę- syknęłam nie zatrzymując się. Za plecami usłyszałam chichot Emmetta. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Kiedy znaleźliśmy się w skrzydle gościnnym, coś mnie wyprzedziło i rzuciło mi się na szyję, odruchowo zatrzymałam się.
- Nie masz pojęcia jak się cieszę, że cię widzę-powiedziała Alice. Nie miałam ochoty na czułości.
- Puści mnie.-powiedziałam- Proszę- dodałam po chwili. Posłuszne ze mnie zeszła i cofnęła się o krok.
- Co się z tobą stało?- zapytała rozpaczliwie.
- Nic się nie stało- odpowiedziałam sztywno.- Za mną- rzuciłam patrząc na innych. Mieli grobowe miny. Ruszyłam dalej nie patrząc czy idą za mną. Miałam wszystkiego dość. Chciałam tylko iść do swojego pokoju i nie wychodzić, aż do ceremonii. Tak rozmyślając doszliśmy do sypialni dla gości.
- Wasze pokoje są tam gdzie były ostatnim razem- powiedziałam- Miłego pobytu- powiedziałam i udałam się do swojego pokoju. Czułam jak odprowadzają mnie wzrokiem, ale ja nie miałam ochoty na żadne rozmowy. Byłam "zmęczona" i chciałam się jak najszybciej znaleźć w swoim pokoju. W drodze złapała mnie Heidi.
- Jutro urządzamy Paniejski- pisnęła zadowolona- Jutro, u mnie w pokoju o 20:00. Weź ze sobą męski krawat- powiedziała i już jej nie było. Zastanawiałam się skąd wezmę męski krawat. Ech, wezmę od Ksawerego lub Chada. Kiedy byłam pod drzwiami sypialni, poczułam tak znajomą mi woń wampira. Z rozmachem otworzyłam drzwi. Na łóżku zobaczyłam Nathalie. Oczywiście. Któż, by inny wlazł bez pozwolenia do mojego pokoju jak do siebie? Leżała na moim łóżku z szerokim uśmiechem.
- Niespodzianka!- krzyknęła na co ja się tylko zaśmiałam.
24h do Ślubu.
Zaczynają się ostatnie przygotowania. W całym zamku jest ogromna wrzawa.Od rana zjeżdżają się wielkie tłumy gości. . Wczoraj James i Serena się o wszystkim dowiedzieli. Z początku nie byli zachwyceni, ale później bardzo się cieszyli, że wszystko tak sprawnie zostało zorganizowane.Serena i James nie mogą się nadziwić jak my to wszystko zorganizowaliśmy tak, że oni się o niczym nie dowiedzieli przez tyle czasu Wczoraj cało noc przegadałam z Nath. Cieszyła się z tego, że przeszłam na "ludzką" dietę.
- Nareszcie nie musiałam Cię prosić, szantażować, ani podpuszczać, byś zjadła jakiegoś człowieka- powiedziała. Chyba pierwszy raz na poważnie zaczęła opowiadać mi o swoich problemach na poważnie. Około wpół do 04:00 przyszedł po nią Damon. Szczerze mówiąc cieszę się, że Nathalie znalazła kogoś kto się nią opiekuje i kocha(?) (mimo tego, że za bardzo za nim nie przepadam). Kiedy zostałam sama poszłam pod prysznic i przebrałam się w komplet ubrań. Chciałam spędzić troszkę czasu sama, zanim dam się wciągnąć w dalsze przygotowania. usiadłam w fotelu i zaczęłam czytać książkę pt. "Instynkt Śmierci". Opowiada ona o seryjnym mordercy, który zabił swoją żonę i dzieci, a później samego siebie. Jest na prawdę dobra. Kiedy zaczynałam ósmy rozdział ktoś lekko zapukał do moich drzwi.
- Proszę- powiedziałam nie odrywając wzroku od czytanej książki.
- Nie przeszkadzam?- zapytał melodyjny kobiecy głos. Szybko podniosłam wzrok znad książki. Moim oczom ukazała się uśmiechnięta Esme. Zdziwiona nie wiedziałam co powiedzieć.
- Nie, nie przeszkadzasz mi- powiedziałam odkładając książkę na bok.- Siadaj- wskazałam jej sofę, która stała naprzeciw mnie.- Co Cię do mnie sprowadza?- zapytałam kiedy usiadła.
- Dawno się nie widziałyśmy- zaczęła miło- Chciałam zapytać co u ciebie słychać.- uśmiechnęłam się pod nosem. Wiedziałam, że nie po to przyszła.
- Esme nie owijaj w bawełnę, wiem, że nie po to tu przyszłaś- wypaliłam. Zrobiła duże oczy. Źle się zachowałam.- Przepraszam- powiedziałam ze skruchą- Było to niegrzeczne.
- Nie. Masz racje. Nie po to tu przyszłam- powiedziała. Wzięła głęboki oddech- Chciałam Cię prosić byś porozmawiała z Edwardem- szybko wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju.- Wiem, że to, że dał się wtedy pocałować Tany nie było mądre z jego strony, ale kiedy Cię nie było Edward był załamany.- zaczęła łamiącym się głosem. Nie mogłam słuchać tego głosu. Zaraz zmięknę i co będzie?
- Esme...- zaczęłam odwracając się do niej
- Nie musisz robić tego teraz, ale przemyśl to- powiedziała, podeszła i mnie przytuliła. Nie wiem skąd ona wie co na mnie działa. Już nie ma odwrotu. Nie zrobię tego Esme.
- Zrobię to dla ciebie- powiedziałam odwzajemniając jej uścisk.
- Dziękuje Ci- puściła mnie i pogłaskała po policzku.- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy- powiedziała wychodząc z mojego pokoju. Kiedy wyszła opadłam ciężko na łóżko. Ale się wpakowałam. Teraz to już muszę z Nim porozmawiać. Nie mogę zawieść Esme. Jest jak moja druga mama. Do wieczora leżałam układając sobie w myślach naszą rozmowę. Co mam mu powiedzieć?:
"- Wiesz jesteś strasznym dupkiem i egoistą, ale Cię kocham i chce z tobą być"?- To byłaby najgłupsza rzecz jaką w życiu bym powiedziała. W końcu doszłam do wniosku, że pójdę na żywioł.
Kiedy się podniosłam było godzina 19:49. O kur** zaraz mam się stawić na wieczorku, a jeszcze nie mam tego męskiego krawata. Jedyną opcją do jego zdobycia byli Ksawery, Chad lub James. Pośpiesznie przebrałam się we wcześniej przygotowaną sukienkę, włosy spięłam w wysokiego kucyka, spryskałam się ulubionymi perfumami. Kiedy wyszłam z komnaty udałam się w stronę pokoju Ksawerego. Zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. To samo było z pokojem Chada i Jamesa. Nie chce mi się latać po całym zamku w poszukiwaniu krawata. Tak z innej strony: Po jaką cholerę musimy mieć te krawaty? Idąc (i nadal rozmyślając nad tym dziwnym pomysłem) zawędrowałam do skrzydła gościnnego, pod sypialnię Edwarda Cullena. Kiedy stanęłam pod drzwiami usłyszałam tylko jakieś szmery. Pomyślałam:- Dlaczego nie? Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi.
- Proszę- usłyszałam tak dobrze znany mi głos. Wzięłam się w garść i weszłam do jego pokoju. Pochylał się nad łóżkiem. Miał na sobie ciemne jeansy i czarną rozpiętą koszulę. Zrobiło mi się gorąco, a jeszcze nic nie wypiłam.
- Cześć- powiedziałam nieśmiało. Natychmiast odwrócił się w moją stronę. Uśmiech wstąpił na jego usta, oczy zaświeciły złotym blaskiem. Zlustrowałam go od stóp do głów. Moje oczki zatrzymały się na chwilę na jego klacie. Czułam, że zaraz się roztopię...Nie no kur** co się ze mną dzieje? Przecież już z nim nie jesteś. Miałam ochotę się spoliczkować.
- Witaj- powiedział - Co cię do mnie sprowadza?- zapytał zapinając koszulę. Szkoda, chciałam się jeszcze pogapić.
- Wiem, że to głupie, ale czy pożyczysz mi swój krawat?- zapytałam powstrzymując się od śmiechu. Zrobił nieco zdziwioną i zawiedzioną minę, lecz podszedł do szafy i zaczął w niej grzebać.
- Tak z ciekawości: Po co ci mój krawat?- zapytał wyciągając go z szafy.
- Idę na "paniejski" i takie są wymogi- zaśmiałam się sięgając po niego.
- Cóż ja właśnie szykuję się na kawalerski- zaśmiał się - Musisz mi go zwrócić- powiedział- Potrzebny mi na jutro- podał mi go, a nasze ręce na moment się dotknęły. Przeszedł mnie dreszcz, tak jak pierwszy raz, kiedy się poznaliśmy.
- Dzięki- powiedziałam i ruszyłam w stronę drzwi, kiedy chciałam wyjść zatrzymał mnie jego głos.
- Bello?
- Tak?- odwróciłam się do niego
- Pięknie wyglądasz- uśmiechną się.
- Ty też prezentujesz się niczego sobie- powiedziałam- Ale jeśli chcesz zrobić na mnie wrażenie, to rozepnij tę koszulę- zaśmiałam się i pośpieszne wyszłam. Myślałam, że będzie trudniej.
To już za dwa dni.
James i Serena znów przyrzekną sobie wieczną miłość.
Dziś jedziemy wybrać sukienkę dla Sereny. My zabieramy Serenę na całodniowe zakupy, a chłopaki mają gdzieś wyciągnąć Jamesa, żeby reszta mogla zająć się przygotowaniem ogrodu i Sali Balowej. To będą pracowite dwa dni.
O godzinie 07:00 Olivia i Heidi zwołały wszystkich, którzy mają przez ten czas uszykować wszystko co było potrzebne. Nałożyłam na salę tarczę anty-dzwiękową by Serena i James niczego nie słyszeli.
- Damy wam tyle czasu ile się tylko da- zapowiedziała Olivia- Nie wiem ile to potrwa. Będziemy was informować telefoniczne. Tak samo chłopaki postąpią z Jamesem. Kiedy nas nie ma kontrole nad wszystkim przejmuje Heidi. Kwiaty przyjadą za godzinę. Podobne z krwią.- skończyła wydawać instrukcje- Czy wszyscy wiedzą co mają robić?- powiedziała podniesionym głosem, zupełne jak generał do żołnieży.
- Tak jest Pani Kapitan!- odkrzyknęli wszyscy równo.
- A więc rozejść się!- krzyknęła. Wszyscy zniknęli i zabrali się do pracy. Olivia odwróciła się w naszą stronę.
- Nas czeka trudniejsze zadanie- westchnęła. Poszła w kierunku sypialni Jamesa i Sereny.
- Cześć dziewczynki- przywitała Nas z uśmiechem- Co Was sprowadza?
- Jedziemy na zakupy- oznajmiła Olivia
- Dziewczynki...- zaczęła, lecz Olivia nie dała jej dojść do głosu.
- Nie ma, żadnego "ale". Jedziemy.- powiedziała i pociągnęła Serenę w kierunku garaży. Serena już nie protestowała bo wiedziała, że i tak nie wygra.- Tam gdzie jedziemy to niespodzianka więc zasłonimy ci oczka- zaświergotała Olivia
- Czy to naprawdę jest konieczne?- zapytała. Olivia jedyne przytaknęła. Serena westchnęła i pozwoliła mi zawiązać sobie oczy czarną przepaską. Pomogłyśmy jej wsiąść do samochodu i ruszyłyśmy do salonu sukni ślubnych. Kiedy zatrzymałyśmy się pod salonem pomogłyśmy wysiąść Serenie z auta i postawiłyśmy ją przed szklanymi drzwiami.
- Dziewczyny, co się tu dzieje?- zapytała rozdrażniona. Olivia dała mi znak, żebym rozwiązała opaskę. Kiedy to zrobiłam Serena głośno nabrała powietrza.- Co to ma znaczyć?-zapytała zbyta z tropu.
- Przecież chcieliście odnowić swoje przyrzeczenia, prawda? Przez moją ucieczkę było to niemożliwe- opowiedziałam- Więc teraz wybierzemy Ci suknię na ten wyjątkowy dzień.
- Ale jeszcze nie ma ustalonej daty...- zaczęła swoje protesty, w chwili kiedy Olivia i Dess zaczęły ją ciągnąć w stronę drzwi. W momencie, kiedy przekroczyłyśmy próg podeszła do nas kobieta w średnim wieku.
- Witam- przywitała się grzecznie- W czym mogę Paniom służyć?- zapytała.
- Potrzebujemy sukni dla naszej mamy- zaczęła Olivia. Sprzedawczyni zwróciła się do Sereny i zaczęła wypytywać o różne detale. Kazała nam usiąść i zawołała kilka dziewczyn. Zaczęła grzebać między manekinami i dała tym dziewczyną po kilka sukni. Zagoniła je do przymierzalni, a potem zwróciła się do nas.
- Zapraszam na pokaz- powiedziała i włączyła muzykę. No, no muszę przyznać, że znają się na rzeczy. Sama tu przyjdę kiedy będę wychodzić za mąż. Sukienki bardzo mi się podobały, z resztą Serenie też, lecz mówiła, że to dalej nie jest to.
- Czy miałaby Pani jakąś suknię z czerwonym akcentem?- zapytała z nadzieją. Kobieta jedynie się uśmiechnęła.
- Oczywiście. Proszę chwilkę poczekać- i zniknęła na zapleczu. Serenie, aż oczy rozbłysły.
- Wiedziałam, że wymyśli coś takiego- szepnęła Olivia- dobrze, że dodatkowo zamówiłam 100 czerwonych róż- powiedziała i poszła zadzwonić. W tym czasie wyszły do nas cztery dziewczyny (1,2,3,4) ubrane w cudne białe suknie z odrobiną czerwieni. Serena przymierzyła wszystkie. Mi najbardziej podobała się pierwsza i druga. Serena wahała się nad drugą i trzecią. Po jakiś 20 min namysłu wybrała drugą. Była z tego powodu bardzo zadowolona. Razem z Destiny poszły wybrać welon. Olivia zadzwoniła do Heidi. Ta powiedziała jej, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i możemy wracać.
Kiedy wracałyśmy do zamku było jakoś po 14:00. Gdy tylko wjechałyśmy do garażu przybiegła do mnie Jane niosąc moją pelerynę i herb. Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Po co mi to przyniosłaś?
- Przybyli pierwsi goście i Aro Cię wzywa- oznajmiła podając mi rzeczy.
- Jacy goście?- zapytała Serena
- O jak późno!- krzyknęła Olivia- Musimy iść do twojej sypialni. Chodź- powiedziała ciągnąc za sobą Serenę o Dess.
- Jacy goście?- zapytałam nakładając pelerynę.
- Zobaczysz- powiedziała unikając mego wzroku. Domyślałam się najgorszego, ale musiałam iść do Wielkiej Sali. Przy drzwiach stał Alec.
- Nie będziesz zachwycona- uśmiechną się, a ja dopiero zajarzyłam o kogo chodzi. Modląc się by to nie była prawda weszłam do Sali Tronowej. Gdy tylko przekroczyłam próg Sali w moją stronę zwróciło się 7 par oczu. Tylko nie to- pomyślałam. Zdawali się zdziwieni moim przybyciem. Zlustrowali mnie od dołu do góry. Zatrzymali się na oczach. No, cóż w końcu były czerwone ze złotymi refleksami. Kiedy szłam środkiem sali rozstąpili się robiąc mi miejsce, ciągle podążali za mną wzrokiem. Zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed Arem.
- Wzywałeś mnie- powiedziałam.
- Tak- powiedział- Zaprowadź Naszych drogich gości do przygotowanych dla nich pokoi- Super. Mam nadzieje, że nie będę musiała z nimi rozmawiać.
- Proszę za mną- powiedziałam mijając ich. Słyszałam, że posłusznie idą za mną.
- Iso- co znowu ode mnie chce?!
- Tak?- zapytałam nie odwracając się do niego.
- Heidi zaraz przybędzie z obiadem.
- Dobrze- powiedziałam i ruszyłam przed siebie. Kiedy mijaliśmy Alec'a oczywiście musiał wtrącić swoje pięć groszy.
- Mówiłem- zaśmiał się.
- Zamknij się, albo Cie wypatroszę- syknęłam nie zatrzymując się. Za plecami usłyszałam chichot Emmetta. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Kiedy znaleźliśmy się w skrzydle gościnnym, coś mnie wyprzedziło i rzuciło mi się na szyję, odruchowo zatrzymałam się.
- Nie masz pojęcia jak się cieszę, że cię widzę-powiedziała Alice. Nie miałam ochoty na czułości.
- Puści mnie.-powiedziałam- Proszę- dodałam po chwili. Posłuszne ze mnie zeszła i cofnęła się o krok.
- Co się z tobą stało?- zapytała rozpaczliwie.
- Nic się nie stało- odpowiedziałam sztywno.- Za mną- rzuciłam patrząc na innych. Mieli grobowe miny. Ruszyłam dalej nie patrząc czy idą za mną. Miałam wszystkiego dość. Chciałam tylko iść do swojego pokoju i nie wychodzić, aż do ceremonii. Tak rozmyślając doszliśmy do sypialni dla gości.
- Wasze pokoje są tam gdzie były ostatnim razem- powiedziałam- Miłego pobytu- powiedziałam i udałam się do swojego pokoju. Czułam jak odprowadzają mnie wzrokiem, ale ja nie miałam ochoty na żadne rozmowy. Byłam "zmęczona" i chciałam się jak najszybciej znaleźć w swoim pokoju. W drodze złapała mnie Heidi.
- Jutro urządzamy Paniejski- pisnęła zadowolona- Jutro, u mnie w pokoju o 20:00. Weź ze sobą męski krawat- powiedziała i już jej nie było. Zastanawiałam się skąd wezmę męski krawat. Ech, wezmę od Ksawerego lub Chada. Kiedy byłam pod drzwiami sypialni, poczułam tak znajomą mi woń wampira. Z rozmachem otworzyłam drzwi. Na łóżku zobaczyłam Nathalie. Oczywiście. Któż, by inny wlazł bez pozwolenia do mojego pokoju jak do siebie? Leżała na moim łóżku z szerokim uśmiechem.
- Niespodzianka!- krzyknęła na co ja się tylko zaśmiałam.
24h do Ślubu.
Zaczynają się ostatnie przygotowania. W całym zamku jest ogromna wrzawa.Od rana zjeżdżają się wielkie tłumy gości. . Wczoraj James i Serena się o wszystkim dowiedzieli. Z początku nie byli zachwyceni, ale później bardzo się cieszyli, że wszystko tak sprawnie zostało zorganizowane.Serena i James nie mogą się nadziwić jak my to wszystko zorganizowaliśmy tak, że oni się o niczym nie dowiedzieli przez tyle czasu Wczoraj cało noc przegadałam z Nath. Cieszyła się z tego, że przeszłam na "ludzką" dietę.
- Nareszcie nie musiałam Cię prosić, szantażować, ani podpuszczać, byś zjadła jakiegoś człowieka- powiedziała. Chyba pierwszy raz na poważnie zaczęła opowiadać mi o swoich problemach na poważnie. Około wpół do 04:00 przyszedł po nią Damon. Szczerze mówiąc cieszę się, że Nathalie znalazła kogoś kto się nią opiekuje i kocha(?) (mimo tego, że za bardzo za nim nie przepadam). Kiedy zostałam sama poszłam pod prysznic i przebrałam się w komplet ubrań. Chciałam spędzić troszkę czasu sama, zanim dam się wciągnąć w dalsze przygotowania. usiadłam w fotelu i zaczęłam czytać książkę pt. "Instynkt Śmierci". Opowiada ona o seryjnym mordercy, który zabił swoją żonę i dzieci, a później samego siebie. Jest na prawdę dobra. Kiedy zaczynałam ósmy rozdział ktoś lekko zapukał do moich drzwi.
- Proszę- powiedziałam nie odrywając wzroku od czytanej książki.
- Nie przeszkadzam?- zapytał melodyjny kobiecy głos. Szybko podniosłam wzrok znad książki. Moim oczom ukazała się uśmiechnięta Esme. Zdziwiona nie wiedziałam co powiedzieć.
- Nie, nie przeszkadzasz mi- powiedziałam odkładając książkę na bok.- Siadaj- wskazałam jej sofę, która stała naprzeciw mnie.- Co Cię do mnie sprowadza?- zapytałam kiedy usiadła.
- Dawno się nie widziałyśmy- zaczęła miło- Chciałam zapytać co u ciebie słychać.- uśmiechnęłam się pod nosem. Wiedziałam, że nie po to przyszła.
- Esme nie owijaj w bawełnę, wiem, że nie po to tu przyszłaś- wypaliłam. Zrobiła duże oczy. Źle się zachowałam.- Przepraszam- powiedziałam ze skruchą- Było to niegrzeczne.
- Nie. Masz racje. Nie po to tu przyszłam- powiedziała. Wzięła głęboki oddech- Chciałam Cię prosić byś porozmawiała z Edwardem- szybko wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju.- Wiem, że to, że dał się wtedy pocałować Tany nie było mądre z jego strony, ale kiedy Cię nie było Edward był załamany.- zaczęła łamiącym się głosem. Nie mogłam słuchać tego głosu. Zaraz zmięknę i co będzie?
- Esme...- zaczęłam odwracając się do niej
- Nie musisz robić tego teraz, ale przemyśl to- powiedziała, podeszła i mnie przytuliła. Nie wiem skąd ona wie co na mnie działa. Już nie ma odwrotu. Nie zrobię tego Esme.
- Zrobię to dla ciebie- powiedziałam odwzajemniając jej uścisk.
- Dziękuje Ci- puściła mnie i pogłaskała po policzku.- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy- powiedziała wychodząc z mojego pokoju. Kiedy wyszła opadłam ciężko na łóżko. Ale się wpakowałam. Teraz to już muszę z Nim porozmawiać. Nie mogę zawieść Esme. Jest jak moja druga mama. Do wieczora leżałam układając sobie w myślach naszą rozmowę. Co mam mu powiedzieć?:
"- Wiesz jesteś strasznym dupkiem i egoistą, ale Cię kocham i chce z tobą być"?- To byłaby najgłupsza rzecz jaką w życiu bym powiedziała. W końcu doszłam do wniosku, że pójdę na żywioł.
Kiedy się podniosłam było godzina 19:49. O kur** zaraz mam się stawić na wieczorku, a jeszcze nie mam tego męskiego krawata. Jedyną opcją do jego zdobycia byli Ksawery, Chad lub James. Pośpiesznie przebrałam się we wcześniej przygotowaną sukienkę, włosy spięłam w wysokiego kucyka, spryskałam się ulubionymi perfumami. Kiedy wyszłam z komnaty udałam się w stronę pokoju Ksawerego. Zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. To samo było z pokojem Chada i Jamesa. Nie chce mi się latać po całym zamku w poszukiwaniu krawata. Tak z innej strony: Po jaką cholerę musimy mieć te krawaty? Idąc (i nadal rozmyślając nad tym dziwnym pomysłem) zawędrowałam do skrzydła gościnnego, pod sypialnię Edwarda Cullena. Kiedy stanęłam pod drzwiami usłyszałam tylko jakieś szmery. Pomyślałam:- Dlaczego nie? Wzięłam głęboki oddech i zapukałam do drzwi.
- Proszę- usłyszałam tak dobrze znany mi głos. Wzięłam się w garść i weszłam do jego pokoju. Pochylał się nad łóżkiem. Miał na sobie ciemne jeansy i czarną rozpiętą koszulę. Zrobiło mi się gorąco, a jeszcze nic nie wypiłam.
- Cześć- powiedziałam nieśmiało. Natychmiast odwrócił się w moją stronę. Uśmiech wstąpił na jego usta, oczy zaświeciły złotym blaskiem. Zlustrowałam go od stóp do głów. Moje oczki zatrzymały się na chwilę na jego klacie. Czułam, że zaraz się roztopię...Nie no kur** co się ze mną dzieje? Przecież już z nim nie jesteś. Miałam ochotę się spoliczkować.
- Witaj- powiedział - Co cię do mnie sprowadza?- zapytał zapinając koszulę. Szkoda, chciałam się jeszcze pogapić.
- Wiem, że to głupie, ale czy pożyczysz mi swój krawat?- zapytałam powstrzymując się od śmiechu. Zrobił nieco zdziwioną i zawiedzioną minę, lecz podszedł do szafy i zaczął w niej grzebać.
- Tak z ciekawości: Po co ci mój krawat?- zapytał wyciągając go z szafy.
- Idę na "paniejski" i takie są wymogi- zaśmiałam się sięgając po niego.
- Cóż ja właśnie szykuję się na kawalerski- zaśmiał się - Musisz mi go zwrócić- powiedział- Potrzebny mi na jutro- podał mi go, a nasze ręce na moment się dotknęły. Przeszedł mnie dreszcz, tak jak pierwszy raz, kiedy się poznaliśmy.
- Dzięki- powiedziałam i ruszyłam w stronę drzwi, kiedy chciałam wyjść zatrzymał mnie jego głos.
- Bello?
- Tak?- odwróciłam się do niego
- Pięknie wyglądasz- uśmiechną się.
- Ty też prezentujesz się niczego sobie- powiedziałam- Ale jeśli chcesz zrobić na mnie wrażenie, to rozepnij tę koszulę- zaśmiałam się i pośpieszne wyszłam. Myślałam, że będzie trudniej.
***
Kiedy doszłam pod pokój Heidi słychać było śmiechy, piski, rozmowy i lecącą w tle piosenkę. Bez pukania weszłam i zobaczyłam, że będzie nas trochę więcej (niż tylko, ja, Dess, Olivia, Serena, Heidi i Jane), były jeszcze: Esme, Alice, Rosalie, Nathalie, Elenai i ciotki (żony Ara, Marka i Kajusza). Kiedy weszłam wszystkie patrzyły na mnie. Po chwili się roześmiały ( pewnie już coś wypiły)
- O jest nasza "spóźnialska"- zaśmiała się Dess. Podeszłam i siadłam obok Nathalie.Właśnie chciała mi podać butelkę Burbona, ale w chwili kiedy wyciągnęłam po nią rękę, ona ją cofnęła.
- Hola, hola! A twój krawat gdzie?- zapytała. Dopiero teraz zobaczyłam, że każda na na szyi krawat.- Nie ma krawata, nie ma picia- powiedziała i już chciała odłożyć butelkę, ale ja zdążyłam wyciągnąć krawat i zawiązać go sobie na szyi. Nath spojrzała na mnie i się uśmiechnęła- No- powiedziała i podała mi flaszkę. Odebrałam ją i od razu pociągnęłam spory łyk.- A już myślałam, że sama będę musiała pić- zaśmiała się. Zaczęłyśmy rozmawiać o facetach.
- Ej, przecież to zawiecha* Edwarda- zaśmiała się Alice- Sama mu go kupiłam. I nawet się nie wypieraj- zaprzeczyła kiedy już chciałam coś powiedzieć.
- Musiałam skądś go wytrzasnąć, bo bym nie piła- wzięłam do połowy pustą butelkę i duszkiem wszystko wypiłam.
Około 05:00 rano
Bawimy się w najlepsze, wypiłam 6 butelek Burbona ( najwięcej z Nathalie). Tańczyłyśmy, gadałyśmy, śmiałyśmy się. Ogólnie zabawa, była (i nadal) jest ekstra.
- Dobra laski- zaczęła podnosząc się na nogi Olivia- Czas to zakończyć, bo Serena nie zdąży przed ołtarz- zaśmiała się. Dziewczyny zaczęły jęczeć, że jeszcze nie, że James poczeka
- Podnosić dupy z podłogi!- krzyknęła Heidi. Wszystkie jak na komendę wstały.- Dziękuje. Możecie już iść.- Chwiejnie podniosła się i ruszyłam w stronę swojego pokoju. Położę się na chwilkę i zacznę się szykować, bo będę wyglądać jak "żywy trup". Idąc w stronę sypialni usłyszałam gromkie śmiechy i rozmowy. Pewnie chłopaki wracają z kawalerskiego. Podeszłam do drzwi od sypialne Edwarda. postanowiłam, że zaczekam i oddam mu krawat. Po jakiś 5 minutach wyłonił się zza rogu. Widząc mnie uśmiechną się i przyspieszył kroku.
- Oddaje co pożyczyłam- powiedziałam wyciągając do niego rękę. Zabrał go i uśmiechną się.
- I jak było?- zapytał.
- Lepiej żebyś nie wiedział- wywróciłam oczami.- A w was jak?- zapytałam.
- Było...spokojnie- powiedział po zastanowieniu.
- Jasne- zakpiłam- Jeśli był tam Chad, Emmett i Damon...nie mogło być spokojnie- stwierdziłam
- Tu muszę się z tobą zgodzić- powiedział. Zapadła cisza. Taka niezręczna.
- Dobra, ja muszę iść się odświeżyć- powiedziałam po chwili- Muszę jakoś wyglądać.
- Zawsze dobrze wyglądasz- o jakie to słodkie.
- Mówiłam: Jeśli chcesz zrobić na mnie wrażenie to rozepnij koszulę- zaśmiałam się i poszłam do swojego pokoju, zostawiając oniemiałego Edwarda pod drzwiami.
Wpadłam do pokoju i położyłam się na łóżku.
Po godzinie wstałam i zaczęłam się szykować. Najpierw poszłam pod prysznic. Potem zrobię sobie makijaż i fryzurkę, która będzie mi pasowała do sukienki. Kieckę założę dopiero przed sama ceremonią. Teraz założyłam na siebie dresik i poszłam pomóc Szykować się Siostrom, Jane, Heidi, Nathalie i Elenie. To będzie piękny dzień.
---------------------------------------------------------------------------
* Chodzi o krawat ;p
Przepraszam, że notki nie było tak długo, ale to tylko dlatego, że są wakacje i byłam z kuzynką u babci, a potem do niej pojechałam.
Zdradzę wam jedno: następna notka jest już napisana.! Ale nie tak szybko...musi się pojawić aż, 20 komentarzy. W przeciwnym razie notki nie będzie. Przepraszam, że jestem tak wymagająca, ale komentarzy jest bardzo mało, dlatego jest taki warunek :)
P.S Jak tak wakacje.? ;)
Pozdrawiam ;) Madzia ;*
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)